poniedziałek, 26 grudnia 2016

Wspólnik - John Grisham

Pisarzy z grubsza można podzielić na dwie kategorie - artystów i rzemieślników. Artyści potrzebują weny, aby coś stworzyć. Muszą mieć dobry lub zły nastrój i widzieć głębszy sens w tym co robią. Rzemieślnicy traktują pisarstwo jako normalną robotę. Zbierają materiały, tworzą zarys fabuły i systematycznie przenoszą to wszystko na papier. Nie można powiedzieć żeby jedni byli lepsi od drugich, to bardziej kwestia tego czego się w danym momencie od lektury oczekuje. Do kanonu literatury częściej wchodzą książki artystów, ale to książki rzemieślników mają zazwyczaj więcej czytelników. Stephen King, Dan Brown, Tom Clansy, Andrzej Pilipiuk i wielu innych to przykład pisarzy, na których czytelnik zawsze może liczyć. Jedna książka na rok lub częściej, każda mniej więcej w podobnym stylu i na przyzwoitym poziomie. Nazwiska będące marzeniem wielu wydawców.

Johna Grishama spokojnie można zaliczyć do rzemieślników. Większość jego książek zalicza się do gatunku thrillerów prawniczych, podgatunku książek akcji. Bohaterami są najczęściej adwokaci, sędziowie, ławnicy, a akcja rozgrywa się wokół spraw kryminalnych, gospodarczych, czy praw człowieka. Przy tym jest sporo akcji, pościgów i nierozwiązanych tajemnic. Według mnie Grisham rozsądnie balansuje na granicy realizmu i efektowności, jednocześnie dobrze budując napięcie. Autor zanim na poważnie zajął się pisaniem sam był praktykującym adwokatem. Można być więc spokojnym co do rzetelności podejmowanej tematyki. Wiele jego książek zostało zekranizowanych, m. in. Firma, Raport Pelikana i Czas Zabijania.

Wspólnik nie jest może najlepszą książką Grishama jaką czytałem, ale mogę spokojnie umieścić ją wysoko w rankingu. Fabuła kręci się wokół adwokata, który upozorował własną śmierć, ukradł z konta kancelarii 15 mln $, a następnie uciekł na brazylijską prowincję i rozpoczął nowe życie. Żyć nie umierać :) W końcu jednak psy gończe puszczone za nim w pościg dopadają go i musi stawić czoła przeszłości. Pod względem prawnym mamy tutaj kilka wątków, chociażby sprawę o zabójstwo, rozwód, kradzież i naruszenie prawa do ludzkiego traktowania. Wydaje mi się, że niczego nie przegapiłem, ale mogę się mylić. Kwestie prawnicze nie są zbyt ciekawe jeżeli nie wiążą się z konkretną historią. Dowiadujemy się jakim człowiekiem jest główny bohater, jaki jest jego system wartości, czego pragnie i dlaczego zdecydował się upozorować własną śmierć i zwiać z grubą kasą. Nie jest on jedyny, który ma coś na sumieniu. Ciekawy jest obraz defraudacji i oszustw w spółkach rządowych, korupcji na szczytach władzy, czy zepsucia niektórych adwokatów. Wspólnik porusza również całkiem ciekawe problemy, np. czy w porządku jest okradzenie złodzieja :) Zakończenie jak chyba w każdej z książek Grishama, którą dotychczas czytałem jest można powiedzieć sprawiedliwe;p  

Jeżeli znasz już książki Johna Grishama to nie zawiedziesz się także przy Wspólniku. Jeżeli jeszcze nie znasz to polecam raczej Firmę (jeżeli lubisz akcję), Raport Pelikana (jeżeli lubisz walkę z niesprawiedliwością) lub Ławę przysięgłych albo Rainmaker (jeżeli lubisz prawnicze rozgrywki i łamigłówki na sali sądowej i w zaciszu kancelarii).


Źródła zdjęć:
1. lubimyczytac.pl
2. ravelo.pl





poniedziałek, 19 grudnia 2016

Biurokracja - Ludwig von Mises

Biurokracja jest bardzo negatywnie odbierana w społeczeństwie. Zgodnie ze słownikiem języka polskiego sjp.pl, jest to: "przerost formalistyki w działalności urzędów, bezduszne przestrzeganie przepisów w załatwianiu spraw urzędowych i interesantów; biurokratyczność, biurokratyzm, formalizm, formalistyka". Co chwila słyszymy o "bezdusznych urzędnikach", "mafii urzędniczej" i innych podobnych określeniach. Biurokracja napisana przez słynnego austriackiego ekonomistę Ludwiga von Misesa (urodzonego we Lwowie pod panowaniem Cesarstwa Austro-Węgierskiego) przedstawia inne rozumienie tego terminu. Biurokracja jako metoda zarządzania w społeczeństwie, w opozycji do zarządzania nastawionego na zysk. Mises określa biurokrację pozbawioną negatywnych konotacji, tłumaczy jej istotę i różnicę w stosunku do zarządzania biznesowego. Jednocześnie diagnozuje, że problemem nie jest biurokracja sama w sobie, a jej rozrost i stosowanie tam, gdzie nie powinno to mieć miejsca.

Film Komornik został obsypany w Polsce wieloma nagrodami. Andrzej Chyra w roli bezwzględnego komornika, który zabiera sprzęt z zadłużonych szpitali, instrumenty chorego dziecka, czy wykopujący zmarłą babcię zakopaną w ogródku, na którą jej wnuk cały czas brał rentę. Wielu współczuło biednym dłużnikom, a negatywnymi uczuciami obdarzała głównego bohatera. Jakże inne były reakcje gdy film pokazano na festiwalu w Berlinie. Dominowało... zdziwienie. "I co w tym ciekawego?", "przecież wykonuje swoją pracę", "bardzo dobry urzędnik". U wychowanych w szacunku dla przestrzegania prawa Niemcach Komornik spotkał się z niezrozumieniem.


Mises pisze, że istotą zarządzania biurokratycznego jest ścisłe przestrzeganie prawa, regulaminów i wytycznych. Biurokrata to urzędnik, który kieruje się w wykonywaniu swoich obowiązków wyłącznie przepisami. Wbrew niechęci ze strony części społeczeństwa, takie podejście jest niezbędne w państwie demokratycznym. Najważniejszą cechą demokracji jest wyższość prawa, uchwalonego przez przedstawicieli wybranych przez naród. To od władzy pochodzą ustawy, których wykonanie powierza się urzędnikom.



Urzędnicy i biurokraci nie są państwem. Tylko państwo może stosować przymus wobec swoich obywateli, jedynie w sytuacjach dopuszczonych przez prawo. Urzędnik bez jasno określonych kompetencji i konieczności przestrzegania prawa staje się nikim więcej jak panem na włościach lub lokalnym satrapą. Dochodzi do tego przy zbyt ogólnym przekazaniu władzy w danym obszarze, bądź przy daniu urzędnikowi zbyt dużego luzu decyzyjnego (zwanym bardziej fachowo uznaniem administracyjnym). Decyzje takiego urzędnika zależą wtedy w dużej mierze od jego osobistych cech charakteru, wykształcenia, a czasami nawet humoru. Biurokracja powinna mieć charakter bezosobowy, a wszyscy obywatele powinni być w takiej samej sytuacji traktowani równo. Urzędnik ma wypełniać wolę suwerena, który rządzi za pośrednictwem wybranego rządu.
 
Czym innym jest związanie urzędników przepisami prawa, a czym zupełnie czym innym jego jakość. Często zdarza się, że prawo jest złe i niesprawiedliwe. Czy urzędnik powinien stosować nawet takie prawo? Według Biurokracji powinien. Mises twierdzi, że "najgorsze prawo jest lepsze od biurokratycznej tyranii", jego brak prowadzi do chaosu. Całkowicie przy tym zwalnia urzędników z odpowiedzialności za niesprawiedliwe prawo. Należy mu przyznać rację, że często pochopnie rozliczamy za pewne sytuacje nie tych, którzy na to zasługują. Nie jest winą urzędnika, że nie przyznał zasiłku, bo ktoś nie spełnił wymaganych prawem kryteriów. Nie jest winą komornika, że zajmuje rzecz, którą zgodnie z prawem może zająć. Nie powinno się mieć pretensji do policjanta, że nakłada mandat kiedy wymaga tego kodeks wykroczeń (oczywiście, o ile robi to zgodnie z prawem).



Kto jest winny złego prawa? Najłatwiej byłoby napisać, że politycy. Tylko, że oni nie mogą o niczym decydować bez danego im mandatu do rządzenia. Według Misesa jesteśmy więc winni my jako społeczeństwo. To my bowiem wybieramy swoich przedstawicieli do parlamentu, to my mamy wpływ na wybór rządu. Głosując na ludzi, którzy nie cenią wolności i praw obywatelskich, jesteśmy odpowiedzialni za regulacje, które je ograniczają. Tak samo jesteśmy odpowiedzialni nie głosując w wyborach. Można oczywiście zastanawiać się, czy sama władza nie deprawuje człowieka, nie jest to jednak przedmiotem rozważań Biurokracji. Nie jest więc prawdą stwierdzenie, że biurokraci uzurpują sobie władzę. To sami obywatele się jej zrzekają i do siebie powinni mieć pretensje.

Przedstawiając istotę zarządzania biurokratycznego Mises wskazuje gdzie znajduje najlepsze zastosowanie, w jakich dziedzinach sprawdza się najlepiej, a gdzie niezbędne jest zarządzanie biznesowe. Ponieważ Mises jest przedstawicielem szkoły austriackiej w ekonomii, opowiadającej się za wolnością gospodarczą i wolnym rynkiem, dużą część poświęca nadmiarowi biurokracji i regulacji w polityce ekonomicznej państwa. W tej części wyjaśnione zostaje zarządzanie biznesowe, które opiera się na maksymalizacji zysku (także negatywnie postrzegane przez dużą część społeczeństwa, ale o tym innym razem). Ponownie przedstawia zalety takiego zarządzania i obszary, w których powinno mieć zastosowanie.

Jak na dzieło wybitnego ekonomisty Biurokrację czyta się całkiem przyjemnie. Treść jest pisana prostym językiem, bez zbędnych terminów fachowych. Nie jest to oczywiście lekka w odbiorze książeczka do połknięcia w parę godzin przy kominku, ale nie jest też podręcznikiem do prawa administracyjnego. Przy tym jest łatwo dostępna, do ściągnięcia za darmo: http://www.pafere.org/artykuly,n1777,trzy_ebooki_ludwiga_von_misesa.html Poruszany temat jest na tyle istotny, że warto wyrobić sobie własne zdanie. 

Źródła zdjęć:
1) capitalbook.com.pl
2) filmweb.pl
3) wiocha.pl

niedziela, 13 listopada 2016

Ekonomia w jednej lekcji - Henry Hazlitt


Przynajmniej od roku książki o ekonomii stale goszczą w mojej bibliotece. Zacząłem od prostych podręczników wyjaśniających podstawowe pojęcia, stopniowo przechodziłem do pozycji poruszających konkretne zagadnienia i szkoły ekonomiczne. Wgłębienie się w jakikolwiek temat, czy jest to ekonomia, filozofia, czy muzyka, zawsze wymaga na początku poznania warsztatu. Warto pomęczyć się trochę, przyswoić trochę nudnej teorii, aby potem już całkiem świadomie wszystko to zapomnieć, przemielić i zacząć kształtować swoje poglądy.

"Spośród wszystkich nauk znanych człowiekowi właśnie ekonomia najbardziej roi się od błędów."

Nie każdy ma jednak czas i ochotę, aby przedzierać się przez gąszcz ekonomicznej literatury. Ostatecznie mało prawdopodobne by każdy został ministrem finansów, księgowym lub nawet właścicielem sklepu. Każdy z nas posiada jednak prawo do oddania swojego głosu w wyborach i wyboru ludzi uchwalających prawo oraz podejmujących kluczowe decyzje. Polityka gospodarcza zawsze polega na realizacji pewnej idei, która dopiero potem zamieniana jest w konkretne działania. Wielu potrafiłoby powiedzieć choćby ogólnie jakie powinno być prawo (przykładowo: sprawiedliwe, surowe, łagodne, dokładne, ogólne itp), a myślę, że mało kto potrafiłby jednoznacznie określić, jaka powinna być polityka gospodarcza państwa.

"Nie możemy dzielić więcej bogactwa, niż wytwarzamy. Najlepszym sposobem podwyższania płac jest więc podwyższanie produktywności siły roboczej."

Właśnie to zagadnienie jest tematem książki Ekonomia w jednej lekcji. Jej autorem jest Henry Hazlitt - amerykański dziennikarz ekonomiczny (ur. 28 listopada 1894 w Filadelfii, zm. 8 lipca 1993). Zawód jaki wykonywał sprawia, że Ekonomii w jednej lekcji nie znajdziemy skomplikowanego słownictwa i szczegółowych analiz. Jest to niewątpliwa zaleta, gdyż adresatami książki są przede wszystkim zwykli ludzie, którzy chcą dowiedzieć się czegoś na temat ekonomii (autor przytacza przy tym także poglądy znanych ekonomistów). Ekonomia w jednej lekcji została po raz pierwszy wydana w 1944 r., następnie uzupełniona przez autora w latach 70., a po upadku komunizmu w 1989 r. wydana także w Polsce. Upływ czasu nie zaszkodził jej ani trochę, właściwie przy obecnych pomysłach ekonomicznych rządu jest aktualna jak nigdy.

"Ceny ustalają się w wyniku relacji pomiędzy podażą i popytem, a ze swej strony wpływają na podaż i popyt. Kiedy ludziom jakiś artykuł jest bardziej potrzebny, gotowi są dać zań więcej."

Henry Hazlitt przedstawia podstawowy błąd jaki popełniają politycy i ekonomiści odpowiedzialni za politykę gospodarczą - patrzenie jedynie na bezpośrednie skutki realizacji danej polityki lub skutki jakie przynosi ona konkretnej grupie. Przy tym całkowicie pomijają zaś długofalowe i pośrednie konsekwencje jakie dana polityka może przynieść wszystkim grupom. Nie znaczy to oczywiście, że powinno się tracić z oczu te bliższe skutki, często niezwykle trudne dla pewnych grup. Zwolennicy polityki libertariańskiej zbyt często w swoim doktrynerstwie wykazują brak socjalnej wrażliwości, przez co w Polsce na długo będą jeszcze mieli przyklejona łatkę bezwzględnych i oderwanych od rzeczywistości drani. Przesłanie Ekonomii w jednej lekcji jest bardzo proste - patrz nie tylko na to co widać na pierwszy rzut oka.

"Patrzcie na Joe Smith, nigdy nie spuszczajcie z oka Joe Smitha. Jednak stosując się do tego zalecenia, sami w istocie patrzą tylko na Joe Smitha, zapominając o tym, że jest Tom Jones, który właśnie dostał pracę przy produkcji nowej maszyny, Ted Brown, który dostał pracę przy jej obsłudze i Daisy Miller, która może teraz kupić płaszcz za połowę dawnej ceny."

źródło: humorpage.pl
Henry Hazlitt w swojej książce pokazuje, że to co pozornie wygląda na dobre działanie, niekoniecznie okazuje się takim gdy przyjrzeć mu się bliżej. Niestety nawet powtarzane przez wiele lat bzdury w końcu dla wielu stają się prawdą. Ekonomia w jednej lekcji to swoisty pogromca ekonomicznych mitów, z którymi autor konsekwentnie się rozprawia. Zaczyna od obalenia całkiem popularnej opowiastki o zbitej szybie, którą chuligan wybija u sklepikarza. Na kolejnych stronach tematem są też m.in. rzekome korzyści dla ekonomii płynące z wojny, bezsens robót publicznych (najnowszy pomysł Donalda Trumpa na walkę z bezrobociem), dzielenia etatów i innych form utrzymania zatrudnienia, szkodliwość podatków i pensji minimalnej, kontroli cen, niekorzystne skutki nadmiernych zasiłków i rozdawnictwa pieniędzy (to niestety polityka obecnego rządu). Niektóre zagadnienia, chociaż książka ma ponad 70 lat, odnoszą się do najbliższej przyszłości (np. kwestia zastąpienia pracy wielu ludzi nowoczesnymi komputerami i sztuczną inteligencją).

"Prawdziwymi przyczynami potężnego wzrostu płac realnych w ostatnim stuleciu były, akumulacja kapitału i umożliwiony przez nią olbrzymi postęp technologiczny."

Książka chociaż niewątpliwie jest pochwałą wolnego rynku i kapitalizmu w czystej postaci, unika doktrynerstwa i jałowych sporów ze zwolennikami socjalizmu. Na warsztat brane są konkretne ich działania i pomysły, bez prowadzenia ideologicznych dysput. Nawet jeżeli niekoniecznie każdy po jej przeczytaniu będzie podzielał konkretne poglądy autora na daną kwestię, to z pewnością warto zapamiętać sobie główne przesłanie książki i przy rozmyślaniach nad konkretnymi zagadnieniami ekonomicznymi patrzeć z szerszej perspektywy.

"Ekonomia to nauka polegająca na rozpoznawaniu wtórnych konsekwencji. Wymaga także dostrzegania ogólnych konsekwencji. Wymaga śledzenia skutków, jakie realizowana polityka przynosi nie tylko specjalnym interesom i w krótkich okresach, ale interesowi ogólnemu i w długich okresach."

P.S. Pomyślałem, że podzielę się paroma ciekawymi cytatami z książki, mam nadzieję, że zachęcą do lektury. Wszystkich mam wypisane parę stron, a nie jest moim celem streszczanie książki :) Być może użyję ich jeszcze kiedyś przy okazji innych wpisów.
P.S.2: Po przeczytaniu wpisu żona zaproponowała obrazek z kamiennymi piłkami i lekarzem, który idealnie obrazuje tematykę książki :)

niedziela, 30 października 2016

IV spotkanie klubu dyskusyjnego "Czytaj i pij" - relacja


IV spotkanie klubu dyskusyjnego "Czytaj i pij" tym razem odbyło się w Aviatorze przy Centrum Spotkań Kultur. Od kiedy zniknęło ogrodzenie otaczające były teren budowy, okolica zyskała dużo na atrakcyjności. Stare Miasto chociaż ładne, to jednocześnie coraz droższe i bardziej zatłoczone. Zarezerwowałem stolik w oddzielonej sali na dole, która okazała się... palarnią :) Trzeba było się szybko ewakuować z komory gazowej, na szczęście w całym lokalu było jeszcze dosyć miejsca. Początkowo zapowiadało się na frekwencyjny rekord, ale ostatecznie nie wszyscy mogli się pojawić. Część osób było pierwszy raz, co mnie bardzo cieszy, a część uczestniczyła w spotkaniu po raz kolejny, co cieszy jeszcze bardziej.

Dyskutowaliśmy o książce Mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem Oliver'a Sacks'a, która wygrała w głosowaniu na blogu. Czasu na przeczytanie było sporo i praktycznie wszyscy zdołali się z nią zapoznać. Jak zawsze jednak dyskusja na "Czytaj i pij" nie dotyczyła książki jako takiej, a problemów w niej poruszonych. Nie ma więc co rezygnować z uczestnictwa w spotkaniu tylko dlatego, że nie przeczytało się książki. Oczywiście zachęcam do tego, bo wtedy przyjemność z dyskusji jest o wiele większa.

Mężczyzna, który... stanowi opis ciekawych przypadków medycznych, które pokazują zależność pomiędzy dysfunkcjami mózgu a wpływem na procesy poznawcze człowieka. Każdy przypadek to odrębna historia pacjenta, który zmaga się z chorobą. Poznajemy tak nietypowe problemy jak utrata świadomości posiadania ciała, utrata zdolności zapamiętywania na dłużej niż kilka minut, czy nieumiejętność przetwarzania bodźców odebranych z otoczenia (agnozja). Rzeczy, które dla przeciętnego człowieka są oczywiste, dla chorych stają się nieosiągalne lub utrudnione. Często jednak w zamian za utratę pewnych zdolności, otrzymują coś niedostępnego dla innych (kreatywność, zdolność odczytywania ukrytych emocji, skomplikowane działania matematyczne). Czasami lekarz musi sobie zadać pytanie, czy leczenie takich pacjentów i dostosowanie ich do tego co społeczeństwo uważa za "normalne" jest najlepsze co może dla nich zrobić.

Poza samym zaspokojeniem ciekawości, mogliśmy porozmawiać o tym, czym jest właściwie "normalność" i czy coś takiego w ogóle istnieje. Co stanowi o istocie człowieczeństwa? Kim bylibyśmy bez całej otoczki społeczno-kulturalnej? Jak można zastąpić utracone zdolności poznawcze? Jak można się poczuć po grzybkach halucynogennych?;p Każde pytanie stanowiło pretekst do zadawania kolejnych i nakręcało dyskusję. Uczestniczenie w takim spotkaniu to sama przyjemność. Nie muszę chyba dodawać, że wciągające dyskusje możliwe są tylko z ciekawymi i otwartymi ludźmi. Na szczęście o to nigdy nie trzeba będzie się martwić, bo na "Czytaj i pij" nie ma ludzi przypadkowych :)
 
Na koniec dyskusji każdy przedstawił propozycję książki na następne spotkanie. Każdy może zagłosować w ankiecie dostępnej na blogu, szerszy opis propozycji dostępny jest pod tym linkiem: http://zakatek-arrasa.blogspot.com/2016/10/wybierz-ksiazke-spotkanie-ankieta.html  Koniec dyskusji na temat książki nigdy nie oznacza końca spotkania, w przeciwieństwie do niniejszej relacji.

Kolejne spotkanie za mniej więcej miesiąc, zachęcam do polubienia fanpage'a, aby być na bieżąco:




sobota, 29 października 2016

Wybierz książkę na V spotkanie "Czytaj i pij". Ankieta.


Poniżej zamieszczam krótkie opisy książek zaproponowanych na piątkowym spotkaniu "Czytaj i pij". Po zapoznaniu się z opisami oddaj głos w ankiecie, która znajduje się po prawej stronie. Książkę, która uzyska najwięcej głosów do wtorku 2 listopada do godziny 12:00, przeczytamy i obgadamy na wszystkie możliwe sposoby na  najbliższym spotkaniu. W razie równej ilości głosów, podejmę ostateczną decyzję co do wyboru. Do dzieła!


1. Podróże Guliwera - Jonathan Swift

Znudzony monotonią wygodnego życia, angielski lekarz Lemuel Guliwer wyrusza na morza południowe w poszukiwaniu przygody. Jako rozbitek trafia do cesarstwa Liliputu, którego maleńcy mieszkańcy toczą zaciekłą wojnę z sąsiednim królestwem Blefusku. Przyjdzie mu jeszcze odwiedzić inne niezwykłe krainy, gdzie będzie musiał skonfrontować sposób myślenia i system wartości Europejczyka z całkowicie odmiennymi kulturami i obyczajami.

Najsłynniejsze dzieło Irlandczyka Jonathana Swifta po raz pierwszy ukazało się w 1726 roku i jest od tego czasu nieustannie wznawiane. Powieść weszła do kanonu największych osiągnięć literatury Zachodu jako nie mająca sobie równych ostra satyra na ludzką naturę i zadufanie „człowieka cywilizowanego”.

Jest to też wyśmienita parodia popularnych relacji z podróży i powieści przygodowych.

2. Legion - Elżbieta Cherezińska

Walcząc z Sowietami i Niemcami, dawali dowody, że państwo polskie trwa – karze przestępców, likwiduje zdrajców, chroni ludność i przygotowuje kadry dla niepodległego kraju. Byli solą tej ziemi, wyrośli w polskich lasach – liczyli tylko na siebie. Nie mieli broni ani z Londynu, ani z Moskwy. Ich jedynym orężem była odwaga. Kiedy wielu upadło na duchu i rozpoczęło pertraktacje z Sowietami, oni postanowili nie poddać się nikomu i przedrzeć do armii polskiej na Zachodzie. Ponad tysiąc karnych zdecydowanych na wszystko żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej dotarło do Czech. W Holiszowie brawurowo oswobodzili zaminowany i przygotowany do spalenia niemiecki obóz koncentracyjny dla kobiet.

3. Demon ruchu - Stefan Grabiński

Demoniczna lokomotywa mija stację... w oknach wagonów brakuje szyb, a z pustki przedziałów zieje piekielna groza... Wraz z gwizdem rozchodzi się jęk potępionych dusz widmowych pasażerów...
Wędrowny demon kolei przetacza się po chłodnej stali torów, pałając żądzą prędkości. Zbliża się herold śmierci...

Demon ruchu to zbiór najlepszych opowiadań Stefana Grabińskiego, mistrza grozy, nazywany polskim Edgarem Allanem Poe i H.P. Lovecraftem. Historie wypełnione są tym, co dla Grabińskiego najbardziej charakterystyczne – potrzebą eksploracji tajemnych sił w gwałtownie zmieniającym się świecie początków XX wieku. Od widmowych pociągów, przez demony zamieszkujące kominy, po żywiołaki wzniecające pożary – horror Stefana Grabińskiego smakuje jak nigdy przedtem. I straszy, jak niewielu dzisiaj.

4. Zabiłam - Piotr Litka, Weronika K.
To była zbrodnia, która wstrząsnęła całą Polską. Przez wiele lat bogatego prawnika Andrzeja G. uznawano za zaginionego. Dopiero policjanci z krakowskiego Archiwum X doprowadzili do aresztowania jego konkubiny i córki. Pod zarzutem okrutnego morderstwa…
Po odsiedzeniu wieloletniego wyroku jedna z nich powraca ze wstrząsającą autobiograficzną książką. Przygotowania do zbrodni, jej przebieg, pozbycie się ciała, rozpaczliwe wyrzuty sumienia, poczucie ulgi w momencie aresztowania, śledztwo, proces, przeraźliwe realia kobiecego więzienia.
I najważniejsze pytanie: Dlaczego zabiła?

5. Sekretne życie drzew - Peter Wohlleben

W lesie dzieją się zdumiewające rzeczy. Są tam drzewa, które porozumiewają się ze sobą, drzewa, które z oddaniem troszczą się o swe potomstwo oraz pielęgnują starych i chorych sąsiadów, drzewa, które doświadczają wrażeń, mają uczucia i pamięć. Niewiarygodne? Ale prawdziwe! Leśniczy Peter Wohlleben snuje fascynujące historie o zdumiewających zdolnościach drzew. Przytacza wyniki najnowszych badań naukowych i dzieli się swoimi obserwacjami z codziennej pracy w lesie. Otwiera przed nami sekretny świat, jakiego nie znamy.



6. Władca much - William Golding

Opowieść paraboliczna o grupie młodych chłopców, którzy ocaleli z katastrofy lotniczej w okresie nieoznaczonego konfliktu nuklearnego. Rozbitkowie znajdują schronienie na nieznanej, egzotycznej wyspie. Pomimo różnic charakterologicznych, podjęta zostaje przez nich próba rekonstrukcji cywilizacji w obcym zakątku świata. Niestety rozsądne i roztropne wysiłki części chłopców obracane są w niwecz, gdy grupa stopniowo upada w barbarzyństwo i dzikość.




Wszystkie opisy i zdjęcia: lubimyczytac.pl



 

poniedziałek, 24 października 2016

Warszawiak w obozie. Pięć lat kacetu - Stanisław Grzesiuk

Z komiksu na podstawie Pięć lat kacetu

Przygód warszawskiego cwaniaczka ciąg dalszy. Poprzednio opisywałem wrażenia po lekturze Boso, ale w ostrogach Stanisława Grzesiuka. W autobiograficznej powieści autor opisał swoją młodość na warszawskim Czerniakowie i realia przedwojennej Warszawy. W Pięć lat kacetu akcja zostaje przeniesiona ze stolicy Polski do niemieckich obozów koncentracyjnych Dachau, Mauthausen i Gusen, gdzie na początku wojny trafił nasz bohater. W miejscu gdzie wielu nie przeżywało nawet miesiąca on przeżył prawie pięć lat.

Jak do tej pory nie miałem okazji czytać żadnej książki z tych zaliczanych do gatunku tzw. "obozowych". Najbardziej znane z nich to przede wszystkim Medialiony Zofii Naukowskiej, Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, a z zagranicznych pozycji Archipelag GUŁag Aleksandra Sołżenicyna. Trochę żałuję, bo wtedy miałbym lepsze porównanie z Pięć lat kacetu, dlatego postaram się w przyszłości nadrobić zaległości i wtedy napisać parę słów. Zanim zabrałem się za lekturę książki Grzesiuka wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać. O obozach koncentracyjnych uczyłem się na lekcjach historii, oglądałem je w różnych filmach fabularnych i dokumentalnych, odwiedziłem też Muzeum na Majdanku. Wiedziałem, że były to miejsca straszne, gdzie godność człowieka była deptana i ciężko było przeżyć. Symbol upadku ludzkości. Po lekturze Pięć lat kacetu mogę powiedzieć jedno...

...gówno wiedziałem.

Miałem w głowie tylko jakiś ogólny obraz. Fakt, że negatywny, ale mimo wszystko spłycony i odległy. Styl pisania Stanisława Grzesiuka jednym odpowiada, innym nie. Dla literackich estetów może być zbyt prosty i banalny, bo nie znajdziemy w nim wyszukanych metafor i porównań. Z drugiej jednak strony pisanie prostymi zdaniami, konkretnie pozwala na większe zachowanie realizmu i oddanie istoty wydarzeń. Wydaje mi się, że do opisu życia w obozie koncentracyjnym nadaje się idealnie. Grzesiuk przekształca w ten sposób obóz koncentracyjny z pewnego rodzaju tragicznego symbolu w coś brutalnie realnego.


Według samego autora do przeżycia w obozie koncentracyjnym niezbędne były trzy rzeczy. Po pierwsze silna psychika, po drugie umiejętność zorganizowania sobie jedzenia i po trzecie umiejętność migania się od pracy. Śmierć w obozie nie następowała "przy okazji" jak można było sądzić. Podstawowe racje żywnościowe dla więźniów były wyliczone poniżej dziennego zapotrzebowania i nie pozwalały na zaspokojenie głodu. W połączeniu z codzienną ciężką, fizyczną pracą, nastawioną na wyniszczenie więźniów, wystarczało to do śmierci z przepracowania. Swoje dokładali nadzorcy brutalnie tłukący więźniów za najbardziej błahe przewinienia, ale najczęściej zupełnie bez powodu. Władze obozu stosowały nieustanny terror wobec więźniów, który miał ich upodlić i zabić wszelkie ludzkie odruchy.

Nic więc dziwnego, że większość relacji Grzesiuka w Pięć lat kacetu opisuje walkę o każdą dodatkową miskę zupy, kawałek chleba i wszystko co nadaje się do jedzenia. Kombinował jak tylko się da, aby zaczepić się do jak najmniej wyniszczającej roboty i marnować jak najmniej energii. Nadzorcy byli jednak czujni i wielokrotnie dostawał za swoje starania lanie. Było to jednak w dalszym ciągu bardziej opłacalne niż zapracować się na śmierć. Prawdopodobieństwo przypadkowej śmierci z ręki kapo istniało zawsze, śmierć z wycieńczenia następowała prędzej czy później. Ponieważ Grzesiuk w młodości nieraz brał udział w bójkach i dostał po mordzie, nie bał się tego tak jak pozostali więźniowie. Wszystko poszłoby na marne gdyby nie posiadał silnego charakteru, napędzającego go do działania i pomagającego mu poradzić sobie z codziennymi okropnościami.

Karne ćwiczenia więźniów w obozie Mauthausen

Tych w Pięć lat kacetu jest opisanych mnóstwo. To właściwie stan permanentny, a jedynie od czasu do czasu można mówić o normalności. Grzesiuk po jakimś czasie pobytu kompletnie zobojętniał na widok śmierci i znęcania się nad więźniami. Odczuwa się to również czytając książkę, gdzie nie ma wzniosłych opisów i przeżyć głównego bohatera na widok cierpienia. I tak nic nie mógł zrobić. Czy może być inaczej, gdy obozy Mauthausen i Gusen uważane były za jedne z najgorszych ze wszystkich pozostałych? Według słów Grzesiuka, byli więźniowie Auschwitz, którzy mieli okazję trafić do Gusen, byli gotowi wracać do Auschwitz na kolanach, bo tam warunki były nieporównywalnie lepsze. Nawet śmierć w komorach gazowych jawi się w opinii więźniów Mauthausen i Gusen jako "humanitarna". To w końcu tylko parę minut cierpienia przy rozłożonych na dłuższy okres męczarniach z głodu i przepracowania, czy wielogodzinnych tortur. W Gusen komory gazowej nie było, więc władze obozu musiały wyrobić dzienną normę trupów innymi metodami.

Pięć lat kacetu stanowi swoiste studium natury człowieka, którego egzystencja zostaje sprowadzona tak naprawdę jedynie do przeżycia. Wyzwalają się wtedy najbardziej prymitywne instynkty i dopiero wtedy okazuje się kto jakim jest człowiekiem. Jakże stereotypowy okazuje się przedstawiany często wizerunek więźniów obozu jako chudych mężczyzn w pasiaku, którzy z pokorą znoszą trudy obozowe i wspierają się wzajemnie, aby przeżyć. Jest to obraz całkowicie fałszywy. Przede wszystkim nie robiąc nic, jedząc tylko to co dadzą w dziennej racji i ciężko pracując tak jak chcą tego nadzorcy, człowiek był na najlepszej drodze do skończenia w krematorium. Każdy musiał liczyć na siebie. Więźniowie robili wszystko, aby ich pozycja w obozie była jak najlepsza. Jedni "organizowali" jedzenie lub inne trudno dostępne dobra, zawierali znajomości i nawiązywali dobre relacje z lepiej sytuowanymi więźniami, inni stosowali brutalną siłę i znęcali się nad ludźmi jako kapo, blokowi i sztubowi. Zwłaszcza postępowanie nadzorców wydaje się momentami niepojęte, gdyż oni też byli więźniami, znali trudy obozu, a mimo to traktowali ludzi jak śmieci. Jak szybko zmieniała się perspektywa, gdy dostało się choć odrobiną władzy. Więźniowie nie byli równi i każdy chciał być jak najwyżej w hierarchii. Nie zawsze gwarantowało to przeżycie, bo zginąć można było w każdej chwili z powodu kaprysu nadzorcy lub SSmana, ale czyniło je bardziej prawdopodobnym. Nikt kto przeżył obóz nie wychodził z tego bogatszy duchowo. To była raczej walka o zachowanie śladów człowieczeństwa. Na każdego więźnia, który pomagał innym trafiał się taki, który zachowywał się jak bandyta.

Stanisław Grzesiuk ze swoją mandoliną

Pomimo tych wszystkich przerażających opisów w Pięć lat kacetu obecny jest też humor i optymizm. Kibicowałem autorowi gdy wymigiwał się z różnych kłopotów (w które niekiedy wpadał przez swoją niefrasobliwość i porywczy charakter), uśmiechałem się czytając jak robił w konia gestapowców i nadzorców. Nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach pozostawał tym samym warszawskim cwaniakiem, który czerpie z życia pełnymi garściami, takim jakie jest. W obozie zorganizował nawet zespół muzyczny, który podnosił na duchu pozostałych więźniów i dawał namiastkę normalnego życia. Pozytywne myślenie pozwoliło przeżyć Grzesiukowi piekło obozu i podzielić się swoimi przeżyciami, z czego i ja się bardzo cieszę.


Źródła zdjęć:



niedziela, 23 października 2016

Rewolucja (nie)kulturalna. Czerwona Azalia - Anchee Min


Po głębszym zastanowieniu przyszło mi do głowy, że tak naprawdę nie znam zbyt wielu sławnych Chińczyków. Mieszka tam 1,5 miliarda ludzi, państwo jest kolebką cywilizacji i niewątpliwie zapisało się w dziejach świata. Znam jednak tylko jednego współczesnego Chińczyka (no dobra na szybko przychodzą mi jeszcze do głowy Yao Ming i paru przywódców KPCh) i myślę, że poza entuzjastami Chin i studentami sinologii reszta podobnie. Mao Zedong, w latach 1949-76 przywódca Chińskiej Republiki Ludowej, dowódca Chińskiej Armii Czerwonej i ideolog maoizmu. Niewątpliwie trzeba być wyrazistą jednostką, aby wybić się w społeczeństwie tak bardzo nastawionym na kolektywizm. W Chinach jeden człowiek jest przecież właściwie jak mrówka. Mając tak silną pozycję i rozpoznawalność można zrobić wiele dobrego. Jakie są osiągnięcia Mao? Chociażby takie jak na grafice poniżej.


Jak widać jedynym sukcesem Mao było dojście do władzy i żeby ją utrzymać nie wahał się zabić ponad 65 mln osób. Najwięcej ofiar przyniósł tzw. "wielki skok naprzód", plan gospodarczy w latach 1958-62, który miał przynieść Chinom dobrobyt. Wszystko skończyło się ruiną gospodarki i klęską głodu. Nic dziwnego, skoro założenia planu nie były dziełem ekonomistów i osób wykształconych, napiętnowanych uprzednio jako wrogowie ludu, a ludzi, którym wydawało się tylko, że mają o tym pojęcie. Ludzi z miasta przepędzano na wieś, aby ciężko pracowali przy wytopie stali. Karczowano lasy, osuszano bagna, a nawet wybijano wróble (rzekomo wyjadające ziarna na zasiewy) w ramach kampanii walki z czterema plagami. Ponieważ również chłopów skierowano do zwiększania produkcji przemysłowej, szybko okazało się, ze nie ma kto uprawiać ziemi. Klęska głodu pochłonęła miliony ofiar (w zależności od źródeł od 10 do 20 milionów ludzi). Tego było już za wiele nawet dla członków partii komunistycznej, w której Mao został odsunięty na boczny tor.

Kiedy wydawało się, że dni Mao są policzone, wyciągnął on asa z rękawa, który pozwolił mu wrócić do władzy. Wykorzystując poważanie, wręcz kult swojej osoby wśród młodych ludzi, rozpoczął pod pozorem walki z kapitalistami i staroświecką tradycją "rewolucję kulturalną", która de facto miała na celu wyeliminowanie jego przeciwników politycznych i ugruntowanie władzy. Młodzież wychowana na Czerwonej książeczce Mao, bezwzględnie w niego zapatrzona i podatna na manipulację została zamieniona w prawdziwie niszczycielską armię. Jej członkowie byli nazywani Hunwejbinami. Dość szybko przystąpili do przeprowadzania rewolucyjnych zmian w kraju i walki z mniej lub bardziej realnymi wrogami. W ramach "rewolucji kulturalnej" niszczono wszystko co w jakikolwiek sposób kojarzyło się ze starym porządkiem. Za wikipedią: "Czerwonogwardziści zaczynali od rozprowadzania propagandowych ulotek i broszur oraz list nazwisk rzekomych kontrrewolucjonistów, a także odgrywania zaimprowizowanych sztuk o propagandowej treści. Następnym krokiem były publiczne kampanie oszczercze wobec „kontrrewolucjonistów”, tortury i rabowanie ich domów. Czerwonogwardziści w ramach walki z „czterema starymi rzeczami” wdzierali się do domów i niszczyli wszystkie „burżuazyjne” sprzęty, takie jak drogie meble, książki, szachy, eleganckie ubrania, płyty gramofonowe. Zabroniono także śpiewania dzieciom kołysanek, puszczania latawców, urządzania wesel i pogrzebów, kobietom obcinano długie włosy. Bandy czerwonogwardzistów rabowały także muzea, niszczyły zabytki i dzieła sztuki. Chcąc zminimalizować straty premier Zhou Enlai wysłał wojsko do otoczenia i obrony ważniejszych obiektów takich jak Zakazane Miasto, jednak czerwonogwardziści zdołali zniszczyć m.in. mury miejskie Pekinu. Prześladowano intelektualistów, uczniów zachęcano do szykanowania i poniżania nauczycieli.".


Dzięki takim działaniom Mao Zedong nie tylko odzyskał swoją pozycję jako przywódca Chin, ale stał się wręcz obiektem boskiego kultu. Kraj miał od teraz funkcjonować według jego ideologii maoizmu. Kultura stara miała być zastąpiona przez nową-rewolucyjną.

Dlatego niewątpliwie z zainteresowaniem sięgnąłem po książkę Czerwona Azalia, której akcja rozgrywa się właśnie w czasie Rewolucji kulturalnej. Anchee Min, Chinka która wyjechała do Stanów Zjednoczonych, opisała w niej własną historię dorastania w rewolucyjnych Chinach. Od dzieciństwa bombardowana maoistyczną propagandą, w szkole była prymuską i szefową szkolnych Hunwejbinów. Szybko została wciągnięta w rewolucyjną rzeczywistość, nie zawsze wcale różową dla niej i jej rodziny. W końcu stanęła przed szansą zostania twarzą nowej, rewolucyjnej kultury. Miała stać się tytułową Czerwoną Azalią.

Pomimo dużego potencjału książka mi się jednak nie spodobała. Za mało wnikliwa i krytyczna na reportaż, zbyt płytka na dobre dzieło literackie. Długimi chwilami była zwyczajnie nudna. Jakoś nie mogłem zżyć się z bohaterką, nie wiedziałem o czym myśli i jaką tak naprawdę jest osobą (poza tym, że kompletnie zapatrzoną w rewolucyjne brednie). Nawet wątek miłosny nie miał dla mnie jakiegoś wielkiego dramatyzmu, relacje z ludźmi zostały potraktowane po macoszemu. Ze strony bohaterki ciężko doszukać się jakichkolwiek refleksji i przemyśleń na temat tego burzliwego okresu w dziejach Chin. Być może jako film, który podobno powstał na podstawie książki, wyglądało to wszystko lepiej. Czytając Czerwoną Azalię miałem właśnie wrażenie, że oglądam jakiś kinowy melodramat, i to taki, który śledzi się jednym okiem. Podsumowując książkę, to zwykły przeciętniak, którego dobra kampania marketingowa wyniosła na szczyty list bestsellerów.

Dobra wystarczy, bo szkoda pikseli na pisanie o książce, która mi się nie podoba :) W opisie na okładce Czerwonej Azalii wydawca napisał, że książka jest porównywana do Dzikich łabędzi. Trzech cór Chin Jung Chang. Oceny ma niezłe, więc może tam w pełni wykorzystano potencjał jaki niesie umieszczenie akcji w czasach Rewolucji kulturalnej? Kiedyś się z nią zapoznam, jeżeli ktoś z Was przeczytał to bardzo proszę o podzielenie się wrażeniami, czy warto zaczynać.