Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prl. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 lipca 2017

Dzienniki Kisiela: 1968-1980

Do zrobienia kariery, czy zdobycia uznania (celowo nie piszę popularności) nie zawsze wystarczy jedynie własna praca i wytrwałość. Dobrze jest jeszcze trafić na odpowiednich ludzi i sprzyjające okoliczności. Najważniejsze to jednak żyć we właściwym czasie.

"Komuniści jak sanacja uważają się za jedynych właścicieli i dysponentów patriotyzmu. Biedna Polska - zawsze czyjąś własnością. I jakże często - własnością pomyleńców."

Stefan Kisielewski miał wszelkie cechy i osiągnięcia, aby być do dziś uznanym w Polsce autorytetem. Kompozytor, felietonista, pisarz, jednocześnie zaangażowany politycznie opozycjonista w czasach PRL. Człowiek elokwentny, o szerokich zainteresowaniach, bezkompromisowy w swoich poglądach, a jednocześnie z dużym dystansem do siebie. Problem w tym, że za komuny jedynie bardziej świadoma część społeczeństwa mogła go docenić, bo cenzura niezbyt pozwalała mu rozwinąć skrzydła. Władzy ludowej sprzeciwiał się w czasach, gdy cała szara masa polskiego społeczeństwa ani myślała o jakimkolwiek oporze. Gdy z kolei zaczęła na dobre działać Solidarność, był już trochę za stary. Wreszcie doczekał upadku komuny, zniesienia cenzury i mógł pokazać pełnię swoich talentów. Niestety dość krótko, bo w 1991 roku umarł. Pozostała po nim m. in. Nagroda Kisiela, przyznawana pod patronatem tygodnika Wprost i kilka partii liberalno-konserwatywnych, mających korzenie w Unii Polityki Realnej, którą założyli razem z dobrze znanym Januszem Korwin-Mikke.

"Robotników nie biorą hasła wolnościowe - nie poparli studentów w 1968. Wziął ich dopiero brak mięsa - nie widzą związku między jednym a drugim. W Czechach było inaczej - tam zaczęło się od wyswobodzenia prasy, która nauczyła ludzi o co chodzi. Dla Moskali obalać ludzi tak, ale idei obalać nie wolno! Zniewolenie umysłów to dla nich rzecz najważniejsza."

W wolnej Polsce przyszło mu żyć dosyć krótko i nie miał dość czasu zapisać się wystarczająco w powszechnej świadomości. Z drugiej strony, patrząc jak dzisiaj łatwo niszczy się wszelkie autorytety lub jak na stare lata niszczą się one same... W końcu pozostawił po sobie całkiem sporo materiałów, dzięki którym każdy może Kisielewskiego lepiej poznać. Jednym z tych materiałów są Dzienniki, prowadzone w latach 1968-1980, a wydane kilka lat po jego śmierci.

"Aby robić dziś przewrót, trzeba być niezależnym materialnie i jakoś wyobcowanym, "wyalienowanym". Rewolucja staje się luksusem, trzeba mieć na nią środki."

Autor zaczął prowadzić Dzienniki, gdyż władze PRL ustanowiły zakaz publikacji jego felietonów oraz twórczości nie tylko literackiej, ale nawet tej muzycznej. Stało się to po tym jak w 1968 r. użył na zamkniętym spotkaniu Związku Literatów Polskich określenia "dyktatura ciemniaków", skierowanego do cenzury. Obrażona poczuła się jednak partyjna wierchuszka z Władysławem Gomułką na czele i zupełnie przypadkowo w tym samym czasie Kisielewski został pobity przez "nieznanych sprawców". Postanowił on zatem opisywać swoje przemyślenia na temat aktualnej sytuacji w kraju, sytuacji międzynarodowej, opinie na temat niektórych ludzi, spostrzeżenia, czasem wydarzenia z życia prywatnego lub zawodowego.

"Czego boi się Gierek? Cała Polska uważa, że to właśnie robotnicy obalili Władysława Gomułkę. Precedens jest - czemuż by więc nie obalić i Gierka, jeśli nie zrealizuje zapowiadanej poprawy gospodarczej?"

Poznajemy więc z perspektywy Kisiela jego krytyczne spojrzenie na najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne w PRL 1968-1980, tj. Marzec 1968 r. i będących skutkiem tych wydarzeń nagonkom antyinteligenckim i antysemickim oraz na późniejsze wydarzenia Grudnia 1970 i protestów w 1976 r. W Dziennikach znajdziemy sporo opinii o znanych ludziach z PRL, m. in. polityków:  Władysław Gomułka, Zenon Kliszko, Edward Gierek, Mieczysław Moczar, literatów: Jerzy Putrament, Paweł Jasienica, Jerzy Andrzejewski, Jarosław Iwaszkiewicz, przedstawicielach kościoła: Stefan Wyszyński, Karol Wojtyła, czy opozycjonistach: Adama Michnik (pomimo różnych poglądów bardzo pozytywnie postrzeganego przez Kisiela), Jan Józef Lipski, Jacek Kuroń. Sporo miejsca zajmują opinie (bardzo często krytyczne) o ludziach z Tygodnika Powszechnego, w opinii Kisiela zbyt prorządowego jak na jego możliwości i historię.

"Gomułka ma jedną zasługę - że nie dał wprowadzić socjalizmu na wsi, poza tym jednakże jest mężem niezbyt opatrznościowym, bo jest apodyktyczny, a na niczym się nie zna, ma przy tym owego równie nieszczęsnego Zenka (Zenon Kliszko), który go we wszelakiej niewiedzy utwierdza."


Kisiel bardzo dużo uwagi poświęcał zagadnieniom ekonomicznym opisując absurdy centralnie planowanej komunistycznej gospodarki. Wyśmiewał głupotę komunistów, którzy walczyli z przedsiębiorczością ludzi nakładając na nich coraz to nowe ograniczenia i podatki, jednocześnie wydając pieniądze na ogromne i bezsensowne inwestycje. Już w okresie niby-prosperity Gierka zdawał sobie sprawę, że gospodarka sztucznie pompowana kredytami musi w końcu paść. Przewidział zawczasu powstanie kryzysu gospodarczego i jego wpływu na wybuch społecznych protestów, które ostatecznie doprowadziły do obalenia władzy ludowej. Odnośnie poniższego cytatu, czy cokolwiek się zmieniło? (http://www.rynekaptek.pl/prawo/prezydent-podpisal-ustawe-quot-apteka-dla-aptekarza-quot,19804.html).

"W prasie zarządzenie, że właścicielami zakładów rzemieślniczych mogą być tylko ci, którzy sami fizycznie biorą udział w produkcji. Brawo, socjalizm czuwa, aby nie było za dobrze." 

" Dzisiaj w "Trybunie" czytam, że kapitalizm to ustrój "oparty na przywłaszczeniu efektów cudzej pracy". W takim razie socjalizm to ustrój oparty na marnowaniu efektów cudzej pracy. Churchill powiedział genialnie, że w kapitalizmie jest nierównomierny podział dóbr, a w socjalizmie równomierny podział niedostatku"



Dzienniki doskonale opisują sposób usypiania społeczeństwa przez komunistów, którzy serwowali społeczeństwu propagandę papkę z sukcesów, dając tanią rozrywkę, aby tylko nie interesowali się sprawami politycznymi. Opisywał też sposób jednolitej narracji, która nie dopuszczała żadnych różnic w poglądach traktując je jako rzekomo szkodliwe, antypolskie i antyklasowe. Kogo interesują bardziej zwyczajne sprawy, znajdzie w Dziennikach również opis zwykłego codziennego życia, realiów w handlu, usługach gastronomicznych, turystyce itp.

"Krótko mówiąc, polskość to jest komunizm, kto ma inne poglądy, ten nie-Polak, zdrajca i kwita. Jest to konsekwencja wyciągnięta z poglądów sowieckich (...) znika pojęcie opozycji politycznej, bo jej warunkeim jest zmiana ustroju, czyli likwidacja istniejącej baraniej jednomyślności."


Lektura chociaż długa to jednak warta przeczytania, bo żadne książki historyczne nie oddadzą osobistych przeżyć człowieka, który żył w tamtych czasach i był ich aktywnym uczestnikiem. Niektóre opinie być może były za ostre, niektóre nie przetrwały próby czasu, ale wszystkie były szczere, co nie tylko wtedy, ale i dziś nie jest zawsze oczywistością. Mam zapisanych ponad 100 cytatów z Dzienników, tutaj wkleiłem tylko kilka na zachętę. W wolnej chwili wrzucę w oddzielnym wpisie więcej, niech krążą po internecie i pozycjonują się w Google, może akurat ktoś przypadkowo na coś ciekawego. Szkoda żeby się zmarnowały.

 





niedziela, 9 kwietnia 2017

Bieszczady w PRL-u - Krzysztof Potaczała

W tamtym roku byłem w Bieszczadach w miejscowości Jabłonka, która dla zwolenników dekomunizacji z pewnością powinna być solą w oku. W samym "centrum" osady stoi wielki pomnik generała Karola "Waltera" Świerczewskiego, którego część może kojarzyć ze starego, zielonego banknotu 50 złotych. Wprawdzie czasy świetności pomnik z pewnością ma za sobą, ale leżały pod nim kwiaty i znicze, ktoś musi więc się nim zajmować. Generał przez wiele lat był wykorzystywany w propagandzie PRL jako wzór polskiego patrioty, żołnierza i bohatera. Pisał o nim sam Ernest Hemingway w powieści "Komu bije dzwon", opierając na jego biografii postać generała Golza, jednego z dowódców międzynarodowej brygady walczącej w wojnie domowej w Hiszpanii po stronie wojsk republikańskich. Zginął w 1947 r. w potyczce z wojskami UPA.
 

Dzisiaj można napisać zgodnie z prawdą, że Walter był radzieckim agentem NKWD, który realizował przede wszystkim rozkazy Stalina. Przy tym w czasie II Wojny Światowej był miernym, niekompetentnym dowódcą, który po pijanemu wydawał rozkazy, przez które masowo ginęli jego żołnierze. Dlaczego więc taki pomnik takiego człowieka dalej stoi dumnie w sercu Bieszczad? Na to pytanie próbował odpowiedzieć mi sprzedawca pamiątek, którego spotkałem w Jabłonce. Był kwiecień albo maj, turystów praktycznie nie było, więc pan mógł poświęcić mi parę chwil. Dowiedziałem się dzięki temu paru ciekawych rzeczy na temat historii tych ziemi.
 
Domki, w których się zatrzymaliśmy w Jabłonce
Pierwszym powodem ciągłej popularności Waltera w Jabłonce jest rozpoznawalność. Generał był jaki był, ale nikt nie zaprzeczy, ze zapisał się (mniej lub bardziej pozytywnie) w polskiej historii. Czy ktokolwiek kojarzyłby Jabłonkę gdyby nie to, że zginął tam Świerczewski? Czy w Jabłonce jest jakakolwiek atrakcja poza wielkim pomnikiem? Raczej nie, dzięki postaci Waltera ludzie mogą często w ogóle zlokalizować Jabłonkę na mapie. Druga sprawa to walki z partyzantką w UPA. Przy wszystkich negatywnych rzeczach jakie można powiedzieć o generale, zginął w walce z wrogiem, który terroryzował okolicę, zabijał ludzi, palił wsie. W takiej sytuacji nawet diabeł może zostać bohaterem jeżeli pomoże w walce z jeszcze gorszym czartem. Po trzecie w grę wchodzi zwykły sentyment. Starsi ludzie pamiętają czasy młodości, kiedy coś się działo i nie chcą teraz niszczyć tego w imię jakichś górnolotnych idei.

Solina przed zalaniem
Tak jak nietypowe może być postrzeganie w tamtych stronach generała Świerczewskiego, tak niezwykła i ciekawa jest historia Bieszczad po II Wojnie Światowej. Chociaż ten region od zawsze był uważany za trochę dziki, tak po 1945 r. faktycznie stał się "polskim dzikim zachodem". W ramach Akcji Wisła wysiedlono stąd wielu autochtonów - Ukraińców i Łemków, na ich miejsce sprowadzając ludzi z całej Polski. Jak pokazała historia "Ziemi Odzyskanych" nie jest łatwo zintegrować nowych mieszkańców w miejscu, gdzie od wielu lat istniała inna kultura. Na początku zawsze jest chaos i zniszczenie, dopiero po jakimś czasie pojawia się akceptacja dla odmienności i budowanie lepszej przyszłości.
 
Solina dzisiaj
Powiedzenie "a może by tak wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady" nie wzięło się z przypadku. Region przez wiele lat był całkowicie dziki i opuszczony, w wielu miejscach cywilizacja dotarła bardzo późno. Niewątpliwie więc jest to dobre miejsce dla ludzi, którzy chcą uciec od zgiełku miasta i presji życia. Ponadto do zagospodarowania Bieszczad władze PRL ściągały wielu ludzi z całego kraju. Nieważne kim kto był, wyrzutkiem, robotnikiem, inteligentem, każda para rąk była potrzebna do pracy. Jeżeli ktoś chciał zarobić trochę pieniędzy, a przy okazji zacząć wszystko od nowa, Bieszczady witały takiego człowieka z otwartymi ramionami.

Wiele ciekawych historii takich ludzi "pionierów" opowiada książka Bieszczady w PRL-u. Kupiłem ją od tego sprzedawcy, gdyż chciałem mieć jakąś pamiątkę po pobycie w Jabłonce. Parę miesięcy przeleżała na półce, ale w końcu się do niej zabrałem. Książka zawiera m. in. historię Soliny przez zalaniem wsi i utworzeniem zapory wodnej, budowę i funkcjonowanie rządowych ośrodków wypoczynkowych, gdzie na polowania na jelenie, żubry i niedźwiedzie przyjeżdżali przywódcy z całego świata (Josip Broz Tito, Leonid Brezniew, książe Iranu), niszczenie cerkwi, cmentarzy greko-katolickich, zmienianie nazw miejscowości na "polskie". Ciekawy był również rozdział o pułkowniku Kazimierzu Doskoczyńskim, zarządcy miejscowych ośrodków wypoczynkowych, którego historia pokazuje, ze w komunizmie wszyscy są równi, ale niektórzy są równiejsi.

To była ciekawa lektura, więc tym bardziej cieszy mnie, że istnieje jeszcze część II i III. Zakupię je przy okazji kolejnej wizyty w Bieszczadach.

Zdjęcia:
1. jerzytaton.pl
2. domkijablonki.infoturystyka.pl
3. veturo.pl
4. naszebieszczady.com
5. empik.com
 


czwartek, 22 września 2016

Wsi rozpustna, wsi wesoła. Raz w roku w Skiroławkach - Zbigniew Nienacki

"Hej, hej, Skiroławki, kochany kurwidołek".


Wieś zajmuje w naszej kulturze miejsce szczególne. Sławił ją Jan Kochanowski w "Pieśni świętojańskiej o Sobótce" pokazując prowincję jako miejsce bliskie naturze, gdzie żyją ludzie szczęśliwi, pracowici i moralni. Wieś jawi się jako ostoja tradycji i religijności. To miejsce gdzie wszyscy się znają i nawzajem sobie pomagają. Niejeden zapewne powie, że prawdziwa Polska jest tak naprawdę w jakiejś polskiej wsi, w kościele na niedzielnej mszy o 12. W tym pędzącym do granic możliwości świecie, tutaj jest miejsce gdzie można odpocząć i żyć spokojnie. Tak trudno o to w miastach, gdzie w tłumie każdy jest anonimowy i łatwo ulega pokusom. Zresztą sam doświadczyłem tego jak często w Polsce postrzega się wieś. We Wrocławiu facet, od którego wynajmowałem pokój na weekend, autentycznie zachwycał się, że jestem z Lublina (przyzwyczaiłem się, że zazwyczaj ludzie z "Polski A" mają wszystko na wschód od Wisły za jedną wielką wiochę). Podkreślał, że tam ludzie są jeszcze normalni, kierują się moralnością i nie są dotknięci tymi wszystkimi zgniłymi nowinkami jak w Warszawie i innych dużych miastach.




Jednak czy taki obraz ma coś wspólnego z rzeczywistością, czy jest tylko mitem, w który ludzie chcieliby wierzyć? Być może prościej jest w coś takiego wierzyć zamiast bardziej zgłębić temat. Przecież równie dobrze można stworzyć inny obraz wsi, obecny czasami w niektórych horrorach. Miejsca, które jest na uboczu wszystkiego, gdzie nie dochodzą najnowsze obyczaje, a ostoja tradycji jest w istocie bastionem zacofania i kołtuństwa. Gdzie żyją ludzie ograniczeni, prymitywni i pełni obłudy. Nie ma żadnej prywatności, każdy wie o sobie wszystko, a główną rozrywką jest picie pod sklepem, plotkowanie i osądzanie innych (przy tym samemu uważając się za papieża lub Matkę Teresę z Kalkuty).

"Wszystkie kobiety mają takie same, tyle, że niektóre są lepiej umyte."

Obraz wsi spokojnej i wesołej, a zarazem grzesznej i przerażającej został przedstawiony w książce Raz w roku w Skiroławkach Zbigniewa Nienackiego. Autor jest niektórym zapewne znany z książek o przygodach Pana Samochodzika, skierowanych do dzieci młodzieży. Coś tam chyba i ja kiedyś czytałem w podstawówce, ale zdążyłem już o tym zapomnieć. W każdym razie książka nie jest adresowana do młodszego czytelnika, a w szczególności nie jest dla tych co zakrywają oczy przy scenach łóżkowych podczas oglądania filmów. Książka jest pełna seksu i erotyki. Seks romantyczny, prymitywny, w każdej pozycji, każdy z każdym i przy każdej okazji. Autor opisuje wszystko bardzo wizualnym językiem, podobnym do tego, którego używał Mario Puzo do opisania sceny miłosnej pomiędzy Sonnym Corleone a jego kochanką w Ojcu chrzestnym. Kiedy książka została wydana (początek lat 80) wywołała niemały skandal. Dzisiaj raczej nie robi już takiego wrażenia na zwykłym czytelniku jak kiedyś, chociaż dalej wydaje mi się, że seks jest w literaturze traktowany dość wstrzemięźliwie. Mężczyźni bez przerwy przecież myślą o seksie, a kobiety jeszcze częściej, więc dlaczego w tych wszystkich romansidłach spycha się go na dalszy plan? Sukces 50 twarzy Greya nie może być przypadkiem, bo niezależnie od tego jak beznadziejna jest to książka (nie czytałem, więc opieram się na opiniach znajomych), dostrzegła pewną niszę na rynku.

"Doktor Niegłowicz musi upokorzyć kobietę zanim w nią wejdzie."
Akcja powieści jest podzielona na pory roku, co jest niewątpliwie nawiązaniem do Chłopów Władysława Reymonta. Podobnie jak w tamtej powieści, nie ma jednego głównego bohatera. W każdym rozdziale opisane są wydarzenia z życia innego mieszkańca Skiroławek, bądź porusza się pewne zagadnienie. Raz w roku w Skiroławkach pokazuje perypetie zarówno prostych chłopów, gospodyń wiejskich, jak i malarza, pisarza oraz doktora. W szczególności postać doktora - Jana Krystiana Niegłowicza wyróżnia się na tle innych bohaterów. Przeczytałem w jakiejś innej recenzji, że Zbigniew Nienacki przeniósł na tego bohatera wiele swoich cech charakteru i poglądów na życie* (sam mieszkał w podobnej mazurskiej wsi). Każda akcja z doktorem jest często jedynie pretekstem do przekazania swojej wizji świata i innych przemyśleń. Raz zabawnych, raz poważnych, na pewno takich, z którymi nieraz mogłem się zgodzić (zapisałem sobie zresztą wiele cytatów). Jest to postać, która budzi sympatię i kieruje się w życiu pozytywnymi wartościami, przede wszystkim sprawiedliwością. Przy tym doktor Niegłowicz jest inteligenty i trafnie postrzega rzeczywistość. Pozostali bohaterowie (może poza księdzem proboszczem) nie są już tak kryształowi. Nie ma chyba grzechów głównych, których nie dopuszczają się mieszkańcy Skiroławek. Chciwość, zawiść, zdrady małżeńskie, pijaństwo, rozpusta, to wszystko nie jest im obce. Raz w roku w Skiroławkach można poniekąd nazwać studium wiejskiej patologii, aczkolwiek nie skupia się wyłącznie na niej. Fakt, że w powieści jest jej więcej, ale w normalnym życiu tak samo rzuca się w oczy, podczas gdy dobrzy i uczciwi ludzie żyją w cieniu.

"Sam wybierz między prawem i sprawiedliwością. Prawo jest w książkach, a sprawiedliwość zawiesiła konopny sznur na konarze."

Autor porusza również we wspomnieniach trudną historię Mazur po II Wojnie Światowej. Mieszkańcy tych terenów czuli swoją odrębność, nie byli ani Niemcami, ani Polakami. Bywało, że jeden sąsiad walczył w Wehrmachcie, a drugi był partyzantem organizacji podziemnych. Gdy przyszli żołnierze radzieccy kobiety były masowo gwałcone, a mężczyźni zabijani. W ZSRR nie zadali sobie trudu badania przynależności etnicznej mieszkańców Skiroławek. Każdy mieszkający na terenie Rzeszy był dla nich Niemcem, którym należało gardzić. Wojna czyniła z ludzi morderców, którzy tracili wszelkie wartości moralne. Człowiek mógł zabić dla zwykłej kromki chleba. Zakończenie wojny nie przyniosło wcale spokoju. Podczas gdy wielu "Niemców" wysiedlono, na ich miejsce sprowadzono ludzi z innych, często odległych krańców Polski. Powstawały konflikty pomiędzy miejscowymi, a nowo przybyłymi, którzy nie mieli duchowego związku ze swoim nowym miejscem zamieszkania. Wszędzie grasowały bandy rabusiów i szabrowników. Prawo nie istniało, a ludzie wymierzali sprawiedliwość na własną rękę. Prawdziwy Dziki Zachód, bardzo dosadnie przedstawiony w filmie Róża Wojciecha Smarzowskiego. 

"W otaczającej rzeczywistości ten zawsze tryumfował, kto potrafił przekonać innych ludzi do swej artystycznej prawdy."

Powyższa gwiazdka przy zdaniu o autorze Zbigniewie Nienackim nie jest przypadkowa. Poza tym, że był świetnym pisarzem, był też współpracownikiem służby bezpieczeństwa, utrwalającym z pełnym przekonaniem władzę ludową, ojcem zostawiającym rodzinę, aby robić karierę, wieloletnim członkiem ORMO, PZPR, a także członkiem Państwowej Rady Ocalenia Narodowego popierającej Stan Wojenny. Z pewnością wielu nie nazwałoby go przyzwoitym człowiekiem. Co innego jednak prawda rzeczywista, a co innego "prawda artystyczna". Tę teorię Nienacki przemycił do Raz w roku w Skiroławkach w osobie mieszkańca wsi, pisarza Nepomucena Lubińskiego. On bowiem ile razy w życiu posługiwał się kłamstwem, tworzył historie niemające nic wspólnego z rzeczywistością, tyle razy miał w życiu powodzenie. W innym przypadku spotykał się z odrzuceniem lub brakiem zainteresowania. Dla pisarza, którym był także Nienacki, jest to zawodowe samobójstwo. Być może także Nienacki wyszedł z podobnego założenia i przedstawiał się z lepszej strony niż był w rzeczywistości. Usprawiedliwiał swoje postępowanie, widział w tym jakiś cel. Przy okazji książek o Panu Samochodziku, także przyznał, iż ten godny naśladowania bohater to w istocie on sam. Niezależnie od tego jakim człowiekiem w rzeczywistości był Zbigniew Nienacki, jego bohaterowie będą stanowili wzór dobrego człowieka jeszcze długo, pomimo, że autor, który ich wymyślił, już dawno nie żyje.
 
Kłobuk siedzący na płocie

Raz w roku w Skiroławkach to świetna powieść obyczajowa i studium osobowości człowieka. Zawiera wiele mądrych przemyśleń na różne tematy. Jest także wątek kryminalny, związany z seryjnym mordercą zabijającym kobiety we wsi. Pojawiają się również odniesienia do wierzeń ludowych, przede wszystkim do mitycznej postaci Kłobuka, złego ducha, zapewniającego jednak gospodarzom szczęście (fakt, że kosztem innych). Naprawdę ciężko napisać o wszystkim co ta powieść ma do zaoferowania. Szkoda, że ani w momencie wydania, ani dzisiaj nie doczekała się należytego uznania. Książka nie jest łatwa do zdobycia, od ponad 30 lat chyba nikt jej jeszcze ponownie nie wydał. Na szczęście dla chcącego nic trudnego, a uważam, że jak najbardziej warto.