poniedziałek, 26 czerwca 2017

Na marginesie życia - Stanisław Grzesiuk

Warszawski bard Stanisław Grzesiuk przeżył piekło obozu koncentracyjnego w Gusen, jednak przypłacił to chorobą, która nie opuściła go już do końca życia. Gruźlica zebrała wyjątkowo wielkie żniwo wśród więźniów, gdyż byli niedożywieni, wyczerpani pracą, a przez to podatni na zakażenie i rozwój choroby. Gruźlica to choroba przenoszona drogą kropelkową, do zakażenia prątkami wystarczy przebywanie z chorym w jednym pomieszczeniu. Chorzy na tę chorobę byli izolowywani od reszty społeczeństwa nie tylko formalnymi nakazami administracyjnymi, ale przede wszystkim podejściem ludzi zdrowych, którzy kierowani strachem stopniowo się od nich odsuwali. Dla wielu od fizycznych cierpień właśnie ograniczenie i odrzucenie przez innych ludzi było najcięższe do zniesienia.

Grzesiuk w Na marginesie życia opisuje swoje liczne pobyty w sanatorium, skupiając się głównie na relacjach z innymi pacjentami i personelem. Przedstawia również ówczesne sposoby leczenia gruźlicy, które przed wynalezieniem skutecznych antybiotyków mrożą czasem krew w żyłach (robienie sztucznej odmy płuc, wycinanie żeber, nakłuwanie płuc igłą). Wspomina również swoje przerwy od leczenia sanatoryjnego, kiedy próbował normalnie żyć i pracować. Jego życie chorego nie było usłane różami, ale pomimo tego stara się podchodzić do wszystkiego na wesoło i z humorem. Nie zamierza się poddawać, skoro dał sobie wcześniej radę w niebezpiecznej dzielnicy, czy w obozie koncentracyjnym.

O ile jednak w ciemnej ulicy lub za drutem kolczastym przeciwnikiem cały czas jest człowiek (choćby nie wiem jak zdegenerowany), choroba to wróg o wiele trudniejszy do pokonania. Większość walki prowadzą lekarze, którzy również nie zawsze mogą pomóc. Pomimo pogody ducha, w Na marginesie życia czuć jednak pewien respekt przed chorobą, pewne pogodzenie z nieuniknionym losem. Gdybym tę książkę czytał przed Pięć lat kacetu to miałbym bardziej pesymistyczne wrażenia, jednak wiedząc jakie piekło przeżył Grzesiuk w czasie wojny, nawet te kilkanaście lat z chorobą wydaje się lepsze.

Na marginesie życia pozwala choć trochę poczuć to co myśli, jak się czuje człowiek chory, który nie może normalnie żyć. Pamiętajmy o wszystkich chorych, postarajmy się zrobić wszystko, aby zawsze czuli się jak najmniej wyobcowani. 



niedziela, 9 kwietnia 2017

Bieszczady w PRL-u - Krzysztof Potaczała

W tamtym roku byłem w Bieszczadach w miejscowości Jabłonka, która dla zwolenników dekomunizacji z pewnością powinna być solą w oku. W samym "centrum" osady stoi wielki pomnik generała Karola "Waltera" Świerczewskiego, którego część może kojarzyć ze starego, zielonego banknotu 50 złotych. Wprawdzie czasy świetności pomnik z pewnością ma za sobą, ale leżały pod nim kwiaty i znicze, ktoś musi więc się nim zajmować. Generał przez wiele lat był wykorzystywany w propagandzie PRL jako wzór polskiego patrioty, żołnierza i bohatera. Pisał o nim sam Ernest Hemingway w powieści "Komu bije dzwon", opierając na jego biografii postać generała Golza, jednego z dowódców międzynarodowej brygady walczącej w wojnie domowej w Hiszpanii po stronie wojsk republikańskich. Zginął w 1947 r. w potyczce z wojskami UPA.
 

Dzisiaj można napisać zgodnie z prawdą, że Walter był radzieckim agentem NKWD, który realizował przede wszystkim rozkazy Stalina. Przy tym w czasie II Wojny Światowej był miernym, niekompetentnym dowódcą, który po pijanemu wydawał rozkazy, przez które masowo ginęli jego żołnierze. Dlaczego więc taki pomnik takiego człowieka dalej stoi dumnie w sercu Bieszczad? Na to pytanie próbował odpowiedzieć mi sprzedawca pamiątek, którego spotkałem w Jabłonce. Był kwiecień albo maj, turystów praktycznie nie było, więc pan mógł poświęcić mi parę chwil. Dowiedziałem się dzięki temu paru ciekawych rzeczy na temat historii tych ziemi.
 
Domki, w których się zatrzymaliśmy w Jabłonce
Pierwszym powodem ciągłej popularności Waltera w Jabłonce jest rozpoznawalność. Generał był jaki był, ale nikt nie zaprzeczy, ze zapisał się (mniej lub bardziej pozytywnie) w polskiej historii. Czy ktokolwiek kojarzyłby Jabłonkę gdyby nie to, że zginął tam Świerczewski? Czy w Jabłonce jest jakakolwiek atrakcja poza wielkim pomnikiem? Raczej nie, dzięki postaci Waltera ludzie mogą często w ogóle zlokalizować Jabłonkę na mapie. Druga sprawa to walki z partyzantką w UPA. Przy wszystkich negatywnych rzeczach jakie można powiedzieć o generale, zginął w walce z wrogiem, który terroryzował okolicę, zabijał ludzi, palił wsie. W takiej sytuacji nawet diabeł może zostać bohaterem jeżeli pomoże w walce z jeszcze gorszym czartem. Po trzecie w grę wchodzi zwykły sentyment. Starsi ludzie pamiętają czasy młodości, kiedy coś się działo i nie chcą teraz niszczyć tego w imię jakichś górnolotnych idei.

Solina przed zalaniem
Tak jak nietypowe może być postrzeganie w tamtych stronach generała Świerczewskiego, tak niezwykła i ciekawa jest historia Bieszczad po II Wojnie Światowej. Chociaż ten region od zawsze był uważany za trochę dziki, tak po 1945 r. faktycznie stał się "polskim dzikim zachodem". W ramach Akcji Wisła wysiedlono stąd wielu autochtonów - Ukraińców i Łemków, na ich miejsce sprowadzając ludzi z całej Polski. Jak pokazała historia "Ziemi Odzyskanych" nie jest łatwo zintegrować nowych mieszkańców w miejscu, gdzie od wielu lat istniała inna kultura. Na początku zawsze jest chaos i zniszczenie, dopiero po jakimś czasie pojawia się akceptacja dla odmienności i budowanie lepszej przyszłości.
 
Solina dzisiaj
Powiedzenie "a może by tak wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady" nie wzięło się z przypadku. Region przez wiele lat był całkowicie dziki i opuszczony, w wielu miejscach cywilizacja dotarła bardzo późno. Niewątpliwie więc jest to dobre miejsce dla ludzi, którzy chcą uciec od zgiełku miasta i presji życia. Ponadto do zagospodarowania Bieszczad władze PRL ściągały wielu ludzi z całego kraju. Nieważne kim kto był, wyrzutkiem, robotnikiem, inteligentem, każda para rąk była potrzebna do pracy. Jeżeli ktoś chciał zarobić trochę pieniędzy, a przy okazji zacząć wszystko od nowa, Bieszczady witały takiego człowieka z otwartymi ramionami.

Wiele ciekawych historii takich ludzi "pionierów" opowiada książka Bieszczady w PRL-u. Kupiłem ją od tego sprzedawcy, gdyż chciałem mieć jakąś pamiątkę po pobycie w Jabłonce. Parę miesięcy przeleżała na półce, ale w końcu się do niej zabrałem. Książka zawiera m. in. historię Soliny przez zalaniem wsi i utworzeniem zapory wodnej, budowę i funkcjonowanie rządowych ośrodków wypoczynkowych, gdzie na polowania na jelenie, żubry i niedźwiedzie przyjeżdżali przywódcy z całego świata (Josip Broz Tito, Leonid Brezniew, książe Iranu), niszczenie cerkwi, cmentarzy greko-katolickich, zmienianie nazw miejscowości na "polskie". Ciekawy był również rozdział o pułkowniku Kazimierzu Doskoczyńskim, zarządcy miejscowych ośrodków wypoczynkowych, którego historia pokazuje, ze w komunizmie wszyscy są równi, ale niektórzy są równiejsi.

To była ciekawa lektura, więc tym bardziej cieszy mnie, że istnieje jeszcze część II i III. Zakupię je przy okazji kolejnej wizyty w Bieszczadach.

Zdjęcia:
1. jerzytaton.pl
2. domkijablonki.infoturystyka.pl
3. veturo.pl
4. naszebieszczady.com
5. empik.com
 


wtorek, 4 kwietnia 2017

Paweł Zarzeczny - One Man Show

Niektórzy ludzie zdobywają uznanie już za życia, inni czekają na docenienie dopiero po śmierci. Paweł Zarzeczny był znaną postacią w świecie dziennikarstwa sportowego, ale wydaje mi się, że nie do końca docenioną i nie do końca spełnioną. Wyróżniała go ponadprzeciętna inteligencja, bezkompromisowość w prezentowaniu ciekawych i często kontrowersyjnych opinii. Był niesamowicie oczytany, przeżył wiele i potrafił to wszystko ciekawie sprzedać czytelnikom w swoich artykułach. Najczęściej pisywał o sporcie, ale potrafił napisać na prawie każdy temat. Czasami oczywiście lekko koloryzował, przejaskrawiał pewne rzeczy, ale dzięki temu nigdy nie było nudno. Publikował w Piłce Nożnej, Przeglądzie Sportowym, Dzienniku, Super Ekspresie i pewnie jeszcze w wielu innych gazetach. Ostatnio miał swoją rubrykę na weszlo.com, gdzie nagrywał na youtube również audycję One Man Show. Chociaż powyższe CV robi wrażenie, niekoniecznie rekruter spojrzałby na nie łaskawym okiem. Tak jak pracował w wielu redakcjach, tak szybko był z nich również wyrzucany. Przeszkodą był jego charakter, zachowanie, nałogi i tym podobne rzeczy. Przez to w ostatnich latach był jednak trochę na uboczu, a karierę robili ludzie mniej uzdolnieni, piszący nic nieznaczące banały. Nie przeszkadzało mu to do samego końca pisać ciekawe teksty, które czytałem i audycje, które oglądałem. Teraz po śmierci, kwestie relacji międzyludzkich odchodzą w niepamięć, a pozostaje morze genialnych tekstów, przez pryzmat których Zarzeczny powinien być oceniany. Z takich bardziej charakterystycznych tekstów/wypowiedzi, to bardzo zapadły mi w pamięć poniższe:


Wiosna 2011 r. - Adam Małysz kończy karierę. Włodzimierz Szaranowicz płacze na wizji, gazety wznoszą peany na cześć Orła z Wisły, gdyby były akurat wybory prezydenckie z pewnością mógłby liczyć na wiele głosów. W takich okolicznościach Zarzeczny pisze w felietonie dla Polski The Times, że Małysz był co najwyżej... przeciętny. Nie zdobył w końcu olimpijskiego złota, nie ma wielu rekordów skoczni, ani rekordu w długości skoków. Tekst pomimo dość prowokującej tezy był w istocie pochwałą samego Małysza jako człowieka skromnego, który osiągnął wielkie rzeczy i powinien być wzorem dla wszystkich Polaków. Takiego jednak "opluwania" mistrza wielu nie mogło znieść i pod tekstem pojawiło się wiele komentarzy obrażających autora. Przy okazji zobaczcie ile minusów znajduje się pod poniższym filmem, który także "obraża" Małysza :)


Podobnie było w 2001 r. po awansie Polaków na mistrzostwa świata w Korei i Japonii po 16 latach przerwy. Wszędzie euforia, Jerzy Engel triumfuje swoim futbolem "na tak", polscy piłkarze w końcu zyskują wizerunek gwiazd, a nie wiecznych nieudaczników. I wtedy Zarzeczny inspirując się Pulp Fiction pisze: "Panowie, to jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach. Narazie osiągnęliśmy tyle samo co Senegal, liczą się zwycięscy, a nie uczestnicy". Miałem wówczas 13 lat, byłem na wygranym meczu z Norwegią decydującym o awansie, a ten człowiek w moim odczuciu niszczył pozytywną atmosferę wokół reprezentacji. Kompromitacja reprezentacji na mundialu pozwoliła mi jednak później (na szczęście) inaczej spojrzeć na tamte słowa, a tym bardziej docenić bardziej Zarzecznego, który napisał niepopularną i mądrą opinię w tym całym zalewie euforii.


No i na koniec perełka, po wygranym meczu Polska-Niemcy Zarzeczny płacze na wizji ze wzruszenia. - Lepszego prezentu na 25-lecie wolnej Polski nie mogliśmy sobie wymarzyć.

Tak charakterystycznych dziennikarzy nie ma w Polsce zbyt wiele, dlatego warto doceniać ich dopóki chodzą po tym świecie. Nie załapałem się już na Janusza Atlasa, cieszę się, że mogłem zapoznać się z tekstami Pawła Zarzecznego.


Najczęstszy komentarz na weszlo.com w poniedziałkowe przedpołudnie, gdy Zarzeczny jeszcze nie opublikował swojego felietonu. Może i chamskie, ale zarezerwowane tylko dla najlepszych.
 

sobota, 18 marca 2017

Rzeźnia numer pięć - Kurt Vonnegut

Czy da się wymieszać antywojenne przesłanie, tragizm, humor i groteskę w jednym dziele? Albo wymieszać realia z II Wojny Światowej z science-fiction? Oczywiście, że jest to możliwe, pod warunkiem, że weźmie się za to Kurt Vonnegut. Nie znałem wcześniej żadnej jego powieści, ale jego autora owszem. Czytałem z nim kiedyś wywiad w Dużym Formacie i zrobił na mnie dobre wrażenie. Dodatkowo wszelkie jego powieści są wysoko we wszelakich rankingach na najważniejsze książki XX wieku. Pomyślałem więc, że zobaczymy jak to jest z jego twórczością. Pisarz genialny, czy przereklamowany? Na pierwszy ogień poszła Rzeźnia numer pięć.

Zaintrygował mnie opis fabuły, który brzmiał mniej więcej: "Główny bohater dostaje się do niewoli niemieckiej w czasie II WŚ i przeżywa bombardowanie Drezna, w którym ginie ponad 100 tys. ludzi.". Dodajmy jeszcze, że książka jest przedstawiana jako "antywojenna", mamy piękny przykład braku oryginalności i pacyfistycznego biadolenia. Wszystko to jednak okazało się nieprawdą. Drezna i całego bombardowania mamy tyle co kot napłakał, a antywojenność nie polega na prezentowaniu śmierci, okrucieństwa i tragedii. Autor nie pozostawia złudzeń, że wojny były, są i będą, a najbardziej będą cierpieć w nich niewinni. Dlatego nie ma co przywiązywać się łańcuchami w ramach protestów, ale też nie powinno się doszukiwać w wojnie jakiejś sprawiedliwości, czy męskiej przygody.
Po prostu:

"Zdarza się."

Najbardziej znany i najczęściej pojawiający się cytat z Rzeźni numer pięć. Zdarzają się narodziny, wypadki, śmierć, okrucieństwa na wojnie. Cóż pozostaje człowiekowi, który tego wszystkiego doświadczy i chce żyć we względnym ładzie psychicznym? Niewątpliwie przydatne okazuje się nabranie do tego odpowiedniego dystansu. Coś się dzieje, coś się kończy, coś się zaczyna. Teoria pochodząca od kosmitów Tralfamadorian, których wprowadzenie do fabuły pozwala spojrzeć na sprawę z innej perspektywy. Książka ma bohatera, Billy Pilgrima, który ma zdolność skakania sobie po różnych etapach swojego życia. Tworzy to zupełnie nowe możliwości przy prowadzeniu akcji i niewątpliwie jest zgodne z teorią Tralfamadorian o nielinearnej ciągłości czasu. Niezwykle ciekawe jest czytać jak bohater na jednej stronie znajduje się w obozie koncentracyjnym w Dachau w 1944, a stronę dalej leży we własnym łóżku w 1957.

W książce znajdzie się dużo czarnego humoru, na co pozwala też konwencja narzucona teorią kosmitów. Tym samym o tragicznych wydarzeniach autor opowiada nadzwyczaj lekko i z dystansem. Nie każdemu to musi odpowiadać, ale Vonnegut jako uczestnik wydarzeń II WŚ, miał pełne prawo odnieść się do przeżytych wydarzeń tak jak chciał.

Ostatecznie Rzeźnia numer pięć zrobiła na mnie całkiem dobre wrażenie. Może nie zacznę od razu wychwalać Vonneguta pod niebiosa, ale zaczynam powoli rozumieć co jego książki robią na tych wszystkich listach wszech czasów. Wystarczy, aby zabrać się kiedyś za jego kolejne pozycje.




poniedziałek, 27 lutego 2017

V i VI spotkanie klubu dyskusyjnego "Czytaj i pij"



Tym razem krótka relacja z ostatniego spotkania w roku 2016 (nr V) i pierwszego w 2017 (nr VI).

Co do tego pierwszego z powyższych, które odbyło się 10 grudnia, to jakoś od początku było nieco pod górkę. Miało być tydzień wcześniej, ale ostatecznie wielu osobom, w tym również mi, wypadły różne obowiązki. W konsekwencji słabo było również z przeczytaniem "Podróży Gullivera" i dyskusją na temat książki. Mam lekki niedosyt, bo ta genialna pozycja zasługiwała na nieco więcej uwagi. Biorę to na klatę jako organizator, postaram się wyciągnąć z tego wnioski, żeby kolejne spotkania były ciekawsze. Zdecydowanie na plus frekwencja na spotkaniu, cieszę się, ze nasze spotkania interesują nowych ludzi, a starzy chętnie wracają. Jak zawsze była planszówka, tym razem "Tajniacy" :) 

W założeniach klubu dyskusyjnego "Czytaj i pij" nie wpadłem na pomysł planszówek, ale dzięki Magdzie i Michałowi jak do tej pory na prawie każdym spotkaniu w coś graliśmy. Nie dość, że to doskonała zabawa, to jeszcze pozwala zintegrować towarzystwo, które często wcześniej się zupełnie nie znało. Planszówki bardzo wzbogacają nasze spotkania i na pewno jeszcze nie raz się pojawią.

VI spotkanie w sobotę 25 lutego ponownie odbyło się w pubie Blues Brothers na ul. Kościuszki. Jak dotąd najczęściej dyskutowaliśmy właśnie tam. Zalet tej miejscówki jest całkiem sporo. Jest w centrum, ale jednak lekko na uboczu, więc łatwiej o stolik dla kilku osób w sobotę wieczorem. Ceny za piwo, soki i drinki są całkiem przystępne, jak ktoś chce jest spory wybór piw kraftowych. Czasami jest głośniej, ale nie na tyle żeby nie dało rady spokojnie porozmawiać (postaram się zaklepywać miejsce w tej odizolowanej salce). No i na plus bezproblemowa i z poczuciem humoru obsługa. Oczywiście jeżeli ktoś ma propozycje lepszej lokalizacji spotkań to jestem otwarty na dyskusję.

Temat dyskusji na ostatnim spotkaniu był nie ukrywajmy dosyć ciężki. Rzeź Wołyńska to tragiczny i wciąż nie do końca rozliczony epizod stosunków polsko-ukraińskich. Życie straciło dziesiątki tysięcy Polaków, zamordowanych w okrutny sposób przez swych ukraińskich sąsiadów. Ofiarą akcji odwetowych padali tak samo bezbronni cywile ukraińscy. Niestety w imię politycznych interesów, temat był przez lata zamiatany pod dywan, a ludzie, którzy przeżyli to ludobójstwo nie mogli doczekać się nawet godnego upamiętnienia. Za późno już na jakiekolwiek rozliczenia, ale myślę, że wielu dawnych mieszkańców Kresów chciałoby usłyszeć chociaż "przepraszam" za cierpienia jakich doznali. Tymczasem zostali potraktowani jak nawóz pod dobre relacje polsko-ukraińskie. Jak bezsensowna i krótkowzroczna to była polityka pokazują ostatnie lata, kiedy wielu Ukraińców przyjeżdża do Polski studiować i pracować. Pomimo, że są to w większości porządni i ciężko pracujący ludzie, którzy mają przyjazne nastawienie do Polski, są odbierani negatywnie przez wydarzenia z lat 1943-44. Nie powinno się żadnej nacji oceniać przez stereotypy i uprzedzenia, ale większość ludzi tak niestety robi. Być może gdyby politycy polscy i ukraińscy rozpoczęli jakąkolwiek dyskusję na temat bolesnej przeszłości, postrzeganie Ukraińców mogłoby być znaczenie lepsze. 

Książka Sprawiedliwi Zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia autorstwa Witolda Szabłowskiego jest krokiem w dobrą stronę, która może pomóc w budowie lepszych relacji polsko-ukraińskich. Ten reportaż przedstawia historie Ukraińców, którzy nie zgadzali się na zabijanie swoich polskich sąsiadów i często z narażeniem życia ratowali ich od śmierci. Tak jak Żydzi mają swoich "Sprawiedliwych wśród narodów świata", tak podobni sprawiedliwi znaleźli się wśród Ukraińców. To dzięki ich pomocy wielu Polaków mogło przeżyć i opowiedzieć swoje relacje o wydarzeniach na Wołyniu. Wszystko to czynili nieraz z narażeniem życia, gdyż dla banderowców życie ludzkie nie miało znaczenia i zabijali wszystkich sprzeciwiających się ich postępowaniu.

Pomimo trudnego tematu wszyscy przygotowali się perfekcyjnie. Szacunek dla wszystkich, którzy przeczytali książkę (wcale nie tak łatwo dostępną) i wnieśli wiele wartościowych opinii do dyskusji.

Kolejne, już VII spotkanie, prawdopodobnie na początku kwietnia. Więcej szczegółów pojawi się na FB: https://www.facebook.com/ZakatekArrasa/?ref=bookmarks Klub dyskusyjny "Czytaj i pij" ma się dobrze i dzięki interesującym ludziom zamienił się w coś stałego w kalendarzu.






poniedziałek, 26 grudnia 2016

Wspólnik - John Grisham

Pisarzy z grubsza można podzielić na dwie kategorie - artystów i rzemieślników. Artyści potrzebują weny, aby coś stworzyć. Muszą mieć dobry lub zły nastrój i widzieć głębszy sens w tym co robią. Rzemieślnicy traktują pisarstwo jako normalną robotę. Zbierają materiały, tworzą zarys fabuły i systematycznie przenoszą to wszystko na papier. Nie można powiedzieć żeby jedni byli lepsi od drugich, to bardziej kwestia tego czego się w danym momencie od lektury oczekuje. Do kanonu literatury częściej wchodzą książki artystów, ale to książki rzemieślników mają zazwyczaj więcej czytelników. Stephen King, Dan Brown, Tom Clansy, Andrzej Pilipiuk i wielu innych to przykład pisarzy, na których czytelnik zawsze może liczyć. Jedna książka na rok lub częściej, każda mniej więcej w podobnym stylu i na przyzwoitym poziomie. Nazwiska będące marzeniem wielu wydawców.

Johna Grishama spokojnie można zaliczyć do rzemieślników. Większość jego książek zalicza się do gatunku thrillerów prawniczych, podgatunku książek akcji. Bohaterami są najczęściej adwokaci, sędziowie, ławnicy, a akcja rozgrywa się wokół spraw kryminalnych, gospodarczych, czy praw człowieka. Przy tym jest sporo akcji, pościgów i nierozwiązanych tajemnic. Według mnie Grisham rozsądnie balansuje na granicy realizmu i efektowności, jednocześnie dobrze budując napięcie. Autor zanim na poważnie zajął się pisaniem sam był praktykującym adwokatem. Można być więc spokojnym co do rzetelności podejmowanej tematyki. Wiele jego książek zostało zekranizowanych, m. in. Firma, Raport Pelikana i Czas Zabijania.

Wspólnik nie jest może najlepszą książką Grishama jaką czytałem, ale mogę spokojnie umieścić ją wysoko w rankingu. Fabuła kręci się wokół adwokata, który upozorował własną śmierć, ukradł z konta kancelarii 15 mln $, a następnie uciekł na brazylijską prowincję i rozpoczął nowe życie. Żyć nie umierać :) W końcu jednak psy gończe puszczone za nim w pościg dopadają go i musi stawić czoła przeszłości. Pod względem prawnym mamy tutaj kilka wątków, chociażby sprawę o zabójstwo, rozwód, kradzież i naruszenie prawa do ludzkiego traktowania. Wydaje mi się, że niczego nie przegapiłem, ale mogę się mylić. Kwestie prawnicze nie są zbyt ciekawe jeżeli nie wiążą się z konkretną historią. Dowiadujemy się jakim człowiekiem jest główny bohater, jaki jest jego system wartości, czego pragnie i dlaczego zdecydował się upozorować własną śmierć i zwiać z grubą kasą. Nie jest on jedyny, który ma coś na sumieniu. Ciekawy jest obraz defraudacji i oszustw w spółkach rządowych, korupcji na szczytach władzy, czy zepsucia niektórych adwokatów. Wspólnik porusza również całkiem ciekawe problemy, np. czy w porządku jest okradzenie złodzieja :) Zakończenie jak chyba w każdej z książek Grishama, którą dotychczas czytałem jest można powiedzieć sprawiedliwe;p  

Jeżeli znasz już książki Johna Grishama to nie zawiedziesz się także przy Wspólniku. Jeżeli jeszcze nie znasz to polecam raczej Firmę (jeżeli lubisz akcję), Raport Pelikana (jeżeli lubisz walkę z niesprawiedliwością) lub Ławę przysięgłych albo Rainmaker (jeżeli lubisz prawnicze rozgrywki i łamigłówki na sali sądowej i w zaciszu kancelarii).


Źródła zdjęć:
1. lubimyczytac.pl
2. ravelo.pl





poniedziałek, 19 grudnia 2016

Biurokracja - Ludwig von Mises

Biurokracja jest bardzo negatywnie odbierana w społeczeństwie. Zgodnie ze słownikiem języka polskiego sjp.pl, jest to: "przerost formalistyki w działalności urzędów, bezduszne przestrzeganie przepisów w załatwianiu spraw urzędowych i interesantów; biurokratyczność, biurokratyzm, formalizm, formalistyka". Co chwila słyszymy o "bezdusznych urzędnikach", "mafii urzędniczej" i innych podobnych określeniach. Biurokracja napisana przez słynnego austriackiego ekonomistę Ludwiga von Misesa (urodzonego we Lwowie pod panowaniem Cesarstwa Austro-Węgierskiego) przedstawia inne rozumienie tego terminu. Biurokracja jako metoda zarządzania w społeczeństwie, w opozycji do zarządzania nastawionego na zysk. Mises określa biurokrację pozbawioną negatywnych konotacji, tłumaczy jej istotę i różnicę w stosunku do zarządzania biznesowego. Jednocześnie diagnozuje, że problemem nie jest biurokracja sama w sobie, a jej rozrost i stosowanie tam, gdzie nie powinno to mieć miejsca.

Film Komornik został obsypany w Polsce wieloma nagrodami. Andrzej Chyra w roli bezwzględnego komornika, który zabiera sprzęt z zadłużonych szpitali, instrumenty chorego dziecka, czy wykopujący zmarłą babcię zakopaną w ogródku, na którą jej wnuk cały czas brał rentę. Wielu współczuło biednym dłużnikom, a negatywnymi uczuciami obdarzała głównego bohatera. Jakże inne były reakcje gdy film pokazano na festiwalu w Berlinie. Dominowało... zdziwienie. "I co w tym ciekawego?", "przecież wykonuje swoją pracę", "bardzo dobry urzędnik". U wychowanych w szacunku dla przestrzegania prawa Niemcach Komornik spotkał się z niezrozumieniem.


Mises pisze, że istotą zarządzania biurokratycznego jest ścisłe przestrzeganie prawa, regulaminów i wytycznych. Biurokrata to urzędnik, który kieruje się w wykonywaniu swoich obowiązków wyłącznie przepisami. Wbrew niechęci ze strony części społeczeństwa, takie podejście jest niezbędne w państwie demokratycznym. Najważniejszą cechą demokracji jest wyższość prawa, uchwalonego przez przedstawicieli wybranych przez naród. To od władzy pochodzą ustawy, których wykonanie powierza się urzędnikom.



Urzędnicy i biurokraci nie są państwem. Tylko państwo może stosować przymus wobec swoich obywateli, jedynie w sytuacjach dopuszczonych przez prawo. Urzędnik bez jasno określonych kompetencji i konieczności przestrzegania prawa staje się nikim więcej jak panem na włościach lub lokalnym satrapą. Dochodzi do tego przy zbyt ogólnym przekazaniu władzy w danym obszarze, bądź przy daniu urzędnikowi zbyt dużego luzu decyzyjnego (zwanym bardziej fachowo uznaniem administracyjnym). Decyzje takiego urzędnika zależą wtedy w dużej mierze od jego osobistych cech charakteru, wykształcenia, a czasami nawet humoru. Biurokracja powinna mieć charakter bezosobowy, a wszyscy obywatele powinni być w takiej samej sytuacji traktowani równo. Urzędnik ma wypełniać wolę suwerena, który rządzi za pośrednictwem wybranego rządu.
 
Czym innym jest związanie urzędników przepisami prawa, a czym zupełnie czym innym jego jakość. Często zdarza się, że prawo jest złe i niesprawiedliwe. Czy urzędnik powinien stosować nawet takie prawo? Według Biurokracji powinien. Mises twierdzi, że "najgorsze prawo jest lepsze od biurokratycznej tyranii", jego brak prowadzi do chaosu. Całkowicie przy tym zwalnia urzędników z odpowiedzialności za niesprawiedliwe prawo. Należy mu przyznać rację, że często pochopnie rozliczamy za pewne sytuacje nie tych, którzy na to zasługują. Nie jest winą urzędnika, że nie przyznał zasiłku, bo ktoś nie spełnił wymaganych prawem kryteriów. Nie jest winą komornika, że zajmuje rzecz, którą zgodnie z prawem może zająć. Nie powinno się mieć pretensji do policjanta, że nakłada mandat kiedy wymaga tego kodeks wykroczeń (oczywiście, o ile robi to zgodnie z prawem).



Kto jest winny złego prawa? Najłatwiej byłoby napisać, że politycy. Tylko, że oni nie mogą o niczym decydować bez danego im mandatu do rządzenia. Według Misesa jesteśmy więc winni my jako społeczeństwo. To my bowiem wybieramy swoich przedstawicieli do parlamentu, to my mamy wpływ na wybór rządu. Głosując na ludzi, którzy nie cenią wolności i praw obywatelskich, jesteśmy odpowiedzialni za regulacje, które je ograniczają. Tak samo jesteśmy odpowiedzialni nie głosując w wyborach. Można oczywiście zastanawiać się, czy sama władza nie deprawuje człowieka, nie jest to jednak przedmiotem rozważań Biurokracji. Nie jest więc prawdą stwierdzenie, że biurokraci uzurpują sobie władzę. To sami obywatele się jej zrzekają i do siebie powinni mieć pretensje.

Przedstawiając istotę zarządzania biurokratycznego Mises wskazuje gdzie znajduje najlepsze zastosowanie, w jakich dziedzinach sprawdza się najlepiej, a gdzie niezbędne jest zarządzanie biznesowe. Ponieważ Mises jest przedstawicielem szkoły austriackiej w ekonomii, opowiadającej się za wolnością gospodarczą i wolnym rynkiem, dużą część poświęca nadmiarowi biurokracji i regulacji w polityce ekonomicznej państwa. W tej części wyjaśnione zostaje zarządzanie biznesowe, które opiera się na maksymalizacji zysku (także negatywnie postrzegane przez dużą część społeczeństwa, ale o tym innym razem). Ponownie przedstawia zalety takiego zarządzania i obszary, w których powinno mieć zastosowanie.

Jak na dzieło wybitnego ekonomisty Biurokrację czyta się całkiem przyjemnie. Treść jest pisana prostym językiem, bez zbędnych terminów fachowych. Nie jest to oczywiście lekka w odbiorze książeczka do połknięcia w parę godzin przy kominku, ale nie jest też podręcznikiem do prawa administracyjnego. Przy tym jest łatwo dostępna, do ściągnięcia za darmo: http://www.pafere.org/artykuly,n1777,trzy_ebooki_ludwiga_von_misesa.html Poruszany temat jest na tyle istotny, że warto wyrobić sobie własne zdanie. 

Źródła zdjęć:
1) capitalbook.com.pl
2) filmweb.pl
3) wiocha.pl