poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Albańska vendetta. Krew za krew - Ismail Kadare

Jest w Europie taki naród, które ciężko włożyć w jakiekolwiek ramy. Nie są ani Germanami, ani Słowianami, ani Latynami. Język, zwyczaje, tradycje różnią się diametralnie od tych powszechnie nam znanych. Ich kraj zupełnie nie liczy się na arenie międzynarodowej. W szkole nie dowiemy się za wiele o jego historii, w dodatku jeździło tam do niedawna niewielu turystów. Ten kraj to Albania!

Pomnik bohatera narodowego Albańczyków - Gjergija Skanderbega

Być może słyszeliście o kilku ciekawostkach na jej temat, np. o ogromnej liczbie Mercedesów na ulicach pomimo, że jest to kraj dość biedny jak na Europę, o wyłamaniu się w czasach komunizmu z zależności od ZSRR i zawiązanie sojuszu z... Chinami, o kilkuset bunkrach wybudowanych na polecenie komunistycznego dyktatora Envera Hodży, wreszcie o ogłoszeniu Albanii pierwszym ateistycznym krajem na świecie. W tym wpisie postanowiłem napisać o obowiązującym wciąż jeszcze w niektórych rejonach Albanii obowiązku krwawej zemsty. Zainspirowany zostałem powieścią Krew za krew, którą napisał Ismail Kadare (albański autor ceniony na świecie, corocznie wymieniany jako kandydat do Literackiej Nagrody Nobla). Krew za krew nie jest obszerną książką, ale przekazuje wszystko prosto i dosadnie (nic dziwnego skoro albańska nazwa kraju Shqipëria pochodzi od słowa Shqipoj oznaczającego mówić otwarcie, krótko i jasno).
   
Albańska gościnność;) Kibice Fk Kukesi wyjaśniają kibicom Legii kim nie są Albańczycy

Nie piszę tego wszystkiego żeby z Albanii się pośmiać albo przedstawić jako jakieś dziwadło. Chciałbym raczej spróbować rozwinąć temat, dlaczego w cywilizowanej Europie ludzie wciąż zabijają się w imię jakichś starych tradycji. Albańczycy to dumny naród, którego korzenie sięgają starożytnych Ilirów. Ich charakter ukształtowały góry oraz wojny toczone z Turkami o zachowanie odrębności. Wbrew temu co powszechnie się uważa, dominującą religią Albańczyków wcale nie jest islam. Jest nią.. albanizm (słowa XIX-wiecznego pisarza albańskiego, Pashko Vasy). I chociaż niekoniecznie zgodziłbym się z nimi np. w sprawie Kosowa, to jednak ich patriotyzm i duma z bycia Shqipëri zasługują na szacunek. Tym bardziej, że Albania jest biednym krajem, poziomem życia są daleko w tyle za Polską, miliony ludzi emigruje do Włoch i Grecji. Gdziekolwiek jednak się znajdą nigdy nie ukrywają tego kim są, nie muszą popadać w jakiś kompleks niższości wobec zachodu. Nie sztuką jest być dumnym ze swojego pochodzenia gdy kraj jest bogaty i wszystko idzie super.

Zog I - ostatni król Albanii (nie licząc włoskiego króla Wiktora Emanuela III po zajęciu Albanii przez Włochy) . Przysięgę koronacyjną składał na Biblię i Koran. W 1938 r. otworzył granice kraju, aby przyjąć Żydów uciekających z hitlerowskich Niemiec przed represjami. Cieszy się wielkim szacunkiem w Albanii.

Specyfika narodu sprawiła, że w Albanii wykształcił się unikalny system prawa zwyczajowego. Powstał w oparciu o wartości, które wyznają żyjący tam ludzie. Jego albańska nazwa to Kanun Leki Dukagjiniego, w skrócie Kanun (od  imienia księcia Lekë Dukagjiniego (1410-1481), który panował w północnej części Albanii). Zasady określone w tym zbiorze praw (przekazywanym przez wieki w formie ustnej) przez lata były podstawowym regulatorem życia społecznego i określały zasady postępowania w stosunku do religii, własności, a także zasady karania przestępstw i troski o honor rodu. Najciekawszym jest jednak to, że powyższe prawo zwyczajowe obowiązywało powszechnie w Albanii aż do XX wieku, a w wielu górskich wioskach nieoficjalnie obowiązuje nawet do dnia dzisiejszego, mając pierwszeństwo przed ustawami uchwalanymi przez albański parlament. Rząd albański od wielu lat dąży do wykorzenienia starych zwyczajów, ale ciężko jest wygrać z czymś co panowało przez wieki. Nie udało się to zresztą nawet reżimowi komunistycznemu, który panował w Albanii w latach 1945-91.

Enver Hodża - komunistyczny dyktator Albanii, staroświeckie prawa były szczególnie ostro przez niego zwalczane. Niewątpliwie był dyktatorem na wzór stalinowski, chociaż nie można mu odmówić przywiązania do własnego narodu. 

Prawo zwyczajowe przetrwało w postaci orzeczeń sądowych w krajach anglosaskich, samo jego istnienie nie jest więc szczególnie kontrowersyjne. Dlaczego albański Kanun jest wyjątkowy? Tym co go wyróżnia jest:

- zasada prymatu honoru rodu nad dobrem jednostki,
- obowiązek gościnności,
- besa (czyli przysięga na honor)

Powyższe zasady stanowią istotę zrozumienia całego procesu „krwi za krew”.
W uproszczeniu wygląda to mniej więcej tak: Kiedy ktoś z danego rodu zostaje zabity, wszyscy jego członkowie zostają okryci hańbą. Honor mogą odzyskać tylko w jeden sposób – pomścić zabitego członka rodziny. Wyznaczają spośród siebie osobę, której zadaniem jest zabić sprawcę. Nieważne, czy ktoś osobiście chce dokonać zemsty. Liczy się honor rodu, bez niego człowiek w albańskich górach jest nikim. Nikt nie wzywa policji, nie ma sprawy sądowej, ludzie biorą sprawy we własne ręce. Z jednej strony można więc mówić o działaniu wbrew powszechnie obowiązującemu prawu, ustanowionemu przez państwo, ale czy można mówić do końca o samosądzie? Cały proces krwawej zemsty jest dokładnie regulowany przez Kanun. Trzeba wyłączyć emocje. Nie ma miejsca na dowolność, a kodeks określa krok po kroku jak ma wyglądać vendetta. Poszczególne etapy można nawet określić mianem rytualnych. Znaczenie ma broń z jakiej się strzela, część ciała w którą musi trafić mściciel, ułożenie ciała po śmierci ofiary i wiele innych kwestii. Czasami bardzo cienka linia dzieli zemstę akceptowaną przez Kanun od zwykłego zabójstwa.


Strzał musi być oddany z zaskoczenia, z bliskiej odległości w głowę (Kanun mówi o strzelbie, więc nie wiem czy w tym przypadku pistolet jest odpowiedni). Ciało ofiary zabójca musi położyć na wznak, strzelbę oprzeć o głowę. 

„Sprawiedliwe” zabójstwo nie może być anonimowe. Rodzina mściciela ogłasza w całej wsi kto zabił i kogo. Starszyzna wioski idzie następnie prosić rodzinę ofiary o besę, czyli gwarancję nietykalności dla zabójcy na pewien okres czasu. Zwykle ród zabitego wyraża na to zgodę. Przez czas trwania besy nikt nie ma prawa skrzywdzić zabójcy pod groźbą hańby dla całego rodu. Ten nie ukrywa się w domu. Uczestniczy w pogrzebie ofiary, idzie za jego trumną, a nawet bierze udział w stypie wśród jego krewnych. W końcu besa kończy się. Nie oznacza to jednak końca krwawego cyklu. Teraz to ten drugi ród może zemścić się na zabójcy z pierwszego rodu. Kiedy i tamten zostanie zabity prawo do krwawej zemsty przechodzi ponownie na pierwszy ród. Niektóre spory trwają tak dziesięciolecia, nikt już nie pamięta od czego się zaczęło, często rodziny nie czują już do siebie nienawiści. Starodawne prawo zwyczajowe karze jednak dalej zabijać, dopóki nie zostanie już nikt po drugiej stronie (jest możliwość przerwania tego łańcucha, ale wcale nie jest to taka prosta sprawa i nie wszystko zależy od zainteresowanych).


Kulla - tradycyjny dom mieszkalny albańskich górali, zbudowany z kamienia. Sam jego wygląd, który przypomina twierdzę, może wiele powiedzieć na temat panującej tam mentalności i realiów. Niektórzy siedzą w takich twierdzach przez wiele lat.

Ismail Kadare bardzo realistycznie przedstawił realia panujące na albańskiej wsi w Górach Przeklętych. Krew za krew przedstawia wydarzenia z perspektywy Gjorga – chłopaka, który został zmuszony do pomszczenia swojego brata, Besiana – literata z wielkomiejskiej Tirany, zafascynowanego i oczarowanego starodawnymi zwyczajami albańskich wieśniaków oraz Mark Ukaczjera – włodarz krwii na zamku księcia Oroszu, urzędnik odpowiedzialny za ściąganie podatku od krwii (nawet od zemsty trzeba zapłacić podatek). Chociaż wydarzenie są literacką fikcją ma się wrażenie, że wszystko jest jakimś reportażem. Nic nie jest przerysowane ani udawane. O tym, że problem jest aktualny świadczą przenikające co jakiś czas wieści z tego kraju. Wiele osób żyje w odizolowanych budynkach ze strachu przed zemstą, czasami własnego domu nie mogą opuścić już od dzieciństwa (w określonych przypadkach zemsta może przejść także na niewinnych krewnych). Krew za krew nie jest książką, która raczy czytelnika tanim moralizatorstwem, każdy wnioski może wyciągnąć sam.

Angielskie (chyba) wydanie książki, tytuł nieco różni się od polskiego

Pomyśleć, że takie rzeczy dzieją się w kraju, gdzie panuje wręcz kult gościnności. Każdy ma obowiązek przyjąć wędrowca pod swój dach i traktować nawet lepiej niż członków własnej rodziny. Musi także zapewnić mu bezpieczeństwo, odprowadzając go po udzielonej gościnie do granicy wioski. Gość zabity na terenie wioski pomimo udzielonej ochrony to hańba dla rodu, którą można zmyć tylko krwią..

Szerzej zainteresowanych albańskim prawem zwyczajowym (nie tylko krwawą zemstą) odsyłam do świetnego artykułu poniżej.


http://etnologia.pl/europa/teksty/zgodnie-z-kanunem-prawo-zwyczajowe-w-albanii.php

piątek, 15 kwietnia 2016

Postęp w medycynie. Stulecie chirurgów - Jürgen Thorwald cz. III

- AAAAAAAA!!!!!!!! BOŻE!!!!! POMOCY!!!!!

Po całym szpitalu i okolicy roznosił się przeraźliwy krzyk młodej kobiety operowanej przez doktora. To „znieczulenie” podane przed zabiegiem, błogi sen spowodowany dużą ilością wypitego alkoholu, skończyło się gdy tylko doktor Schnitt zatopił skalpel w brzuchu.

- Pani Hanno, proszę wytrzymać! Czy mam na chwilę przestać? – zapytał się doktor.
- Nie..  – odpowiedziała słabym głosem Hanna – proszę kontynuować i zakończyć operację tak szybko jak to możliwe.
- Dobrze, zrobię wszystko co w mojej mocy – odparł doktor i powrócił do przeprowadzania zabiegu.

Hanka zaczęła głośno śpiewać (o ile pełen bólu krzyk można nazwać śpiewem) swoje ulubione piosenki. Ból nie zmniejszył się przez to ani trochę, ale Hanna nabrała odwagi i siły, aby przetrwać te tortury.

- Już dosyć!!!!! Więc proszę taAAAk.. AAAA!!!, niech każdy tutaj z waAAAAAAAs choć raz zaufa sercu i... Już dosyć!!!!! AAAAAAAA BOŻE – w tym momencie doktor wykonał jakiś bolesny ruch skalpelem -  Więc proszę taAAAAAk, niech każdy tutaj z waAAAAAAAs choć raz pokona siłę zła, AAAAUUUU!!! -

- Nie obchodzi Cię, to że ranisz mnie, Jak to jest, Pozwól mi być tym kim chceEEEEE AUUUUU!!!!, Mam dość, nie mów mi nic, Pozwól żyć, pozwól mi być (NieEEEEEE!!!!!!), Nie chcę już słuchać tych kłamstw.! Nieeeeee!!!!!!! –

Śpiewy Hanny trwały już dobre 15 minut. Okoliczni mieszkańcy słyszeli ten pełen bólu i cierpienia krzyk i zastanawiali się, co się tam się w środku dzieje. Zazwyczaj krzyki operowanych pacjentów kończyły się po kilkudziesięciu sekundach, a ta kobieta nie milknie już tyle czasu. To nie jest coś normalnego. Film nagrany przez mieszkańca, na którym słychać pełen bólu śpiew Hanny, błyskawicznie zdobył popularność w sieci.

- Andrzej, tam mordują kobietę w tym szpitalu. Jezus Maria, co oni jej robią? – powiedziała do swojego męża jakaś kobieta.
- Tam jest umieralnia, a nie szpital, idźmy ją ratować póki jeszcze można – powiedział jakiś mężczyzna pijący pod sklepem niedaleko szpitala.

W komentarzach pod postem na Facebook'u ludzie błyskawicznie zebrali się w dużą grupę i kto tylko był w pobliżu, ruszył jak najszybciej pod drzwi szpitala. Po pół godziny od rozpoczęcia operacji, pod szpitalem zebrało się około 100 wściekłych osób, które próbowały dostać się do środka. Im śpiew Hanny był słabszy z każdą minutą, tym bardziej agresywni byli ludzie pod szpitalem.

- Ludzie dawać sznura! Lekarz morderca zawiśnie na tamtym drzewie! – krzyknął jakiś dresik
- Nie dość, że są parszywymi złodziejami, to jeszcze ludzi mordujo! – krzyczała jakaś licealistka,
- Wszystkie białe płaszcze zawisną w tej okolicy! – odezwał się jakiś dziadek.
- MORDERCY! MORDERCY! – krzyczał tłum coraz głośniej.

Drogę do środka zagradzał 10-osobowy oddział ochroniarzy. Wiedzieli, że tłum wejdzie do środka za parę minut i nic nie będzie w stanie ich powstrzymać. Mieli wprawdzie na wyposażeniu pałki i paralizatory, ale kto będzie wdawał się w bezowocną walkę z rozwścieczanym tłumem? Każdy z tych ochroniarzy był na umowie zlecenie za 5 zł godzina. W pracy nie mieli prawa do chwili odpoczynku, szef opierdalał ich za byle drobiazg, bez przerwy trzeba było użerać się z roszczeniowymi pacjentami. Nie widzieli żadnego sensu w narażaniu swojego życia i zdrowia. Trzeba tylko postać tu jeszcze chwilę, żeby dostać wypłatę i przeżyć do następnego miesiąca.

- Nikt nie będzie miał do nas pretensji, ich jest o wiele więcej – tak właśnie myślał każdy z ochroniarzy. Stali więc i stwarzali pozory zapewniania ochrony. Policja też nic nie zdziała. Na miejsce przybyło dwóch policjantów, którzy wezwali tłum do rozejścia się. Oczywiście wszyscy ich olali. Wsparcie zostało wezwane, ale nie przybędzie szybciej niż za godzinę, kiedy będzie już po wszystkim.

- CISZA!! CISZA!! – wrzasnął łysy mężczyzna w koszulce lokalnego klubu. Wszyscy zamilkli.

Śpiew Hanny przestał być słyszalny, nikt w tym całym zamieszaniu nie wiedział kiedy to się stało. Czy ona jeszcze żyje? Zabili ją? Tego było już dla nich za wiele. Po chwili ciszy, tłum wybuchnął ponownie.

- POWIESIĆ TEGO MORDERCĘ! ŚMIERĆ ZA ŚMIERĆ! – tłum wzniósł bojowe okrzyki i w jednej chwili wtargnął do środka szpitala. Ochroniarze zdążyli tylko rozstąpić się na boki unikając stratowania. Wszyscy pracownicy szpitala i pacjenci zostali dawno ewakuowani tylnym wyjściem. Tłuszcza otwierała drzwi do każdej sali, rozwalając przy tym co tylko się dało. Ich wściekłości nic już ni mogło opanować. W końcu ktoś z tłumu odnalazł szerokie drzwi na pierwszym piętrze, nad którymi był napis SALA OPERACYJNA. 

- Ludzie! Znalazłem! Wszyscy na pierwsze piętro! – krzyknął jakiś chłopak

Po chwili cześć osób wbiegło na pierwsze piętro.

- To tutaj! Wchodzimy! – krzyknął kibol  i około 10 osób weszło do sali operacyjnej.

Doktor Schnitt zmywał akurat krew ze swojej twarzy i rąk. Operacja trwała ponad godzinę i zakończyła się raczej niezgodnie z planem, tzn. pacjentka przeżyła..

Cały guz został wycięty, krwawienie opanowane i wszystko dokładnie, no w miarę, zaszyte. Najbliższe kilka godzin będzie decydujące. Hanna wciąż leżała na stole. Zmęczona, ale szczęśliwa, że przetrwała to piekło i będzie mogła wrócić do swojej rodziny. Pielęgniarki sprzątały po operacji, wszędzie było pełno krwi. Nikt tutaj nie zdawał sobie sprawy z zamieszania jakie wywołała ta operacja. Wszyscy byli zadowoleni z dobrze wykonanej roboty.
Nagle do środka wtargnęła grupa osób, ośmiu mężczyzn i 2 kobiety.

- JESTEŚ TRUPEM DOKTORKU! – krzyknął jeden z nich,
- BRAĆ GO! – ktoś zawołał i wszyscy rzucili się w stronę doktora.

Pielęgniarki z początku zaskoczone, natychmiast wyciągnęły pałki teleskopowe i ruszyły bronić doktora. Napastnicy nie spodziewali się takiego uzbrojenia personelu szpitala i mieli ze sobą co najwyżej jakieś kije. Wywiązało się małe starcie. Wszyscy szarpali się i przekrzykiwali.

W międzyczasie, chłopak z długimi włosami podszedł do Hanny, która leżała naga i zakrwawiona na stole. Zauważył, że Hanna ma otwarte oczy i mówi coś, ale zbyt cicho, aby tłum ją usłyszał. Chłopak podszedł bliżej młodej kobiety i zapytał:

– Czy pani żyje? 
- Tak. Zostawcie doktora Schnitta, bo to człowiek, który uratował mi życie – odparła Hanna cicho, ale wyraźnie.

Chłopak zaczął uspokajać całą walczącą grupę.

- Ej! Ta kobieta żyje. Operacja się udała – powiedział głośno.
- To nie będziemy nikogo wieszać? 
- Chyba nie dzisiaj – odpowiedział ktoś z tłumu.

Ludzie poczuli się zaskoczeni, a potem zakłopotani, że przeszkodzili lekarzowi i pielęgniarkom w pracy. Przestali szarpać doktora i pielęgniarki. Zapanowała głupia cisza. Poziom adrenaliny spadł i wtedy okazało się, że dwóch mężczyzn ma połamane ręce od ciosów pałką teleskopową. Doktor Schnitt zaproponował pomoc, ale oni woleli uciec stąd jak najszybciej. 

- No już, wypierdalać stąd wszyscy! Raz, dwa, pięć – odzyskała rezon jedna z pielęgniarek. Tym razem wszyscy posłuchali jak stado baranków.

Do ludzi powoli dochodziły informacje, że nikt dzisiaj na drzewie nie zawiśnie. Część rozczarowana, a część zmieszana wychodziła ze szpitala, który przypominał teraz jedno wielkie pobojowisko. Wszyscy wrócili do swoich codziennych zajęć.



Hanna wróciła do zdrowia i żyła ze swoją rodziną długo i szczęśliwie. Wyczyn doktora Schnitta szybko rozszedł się echem po całym środowisku lekarskim. Pacjenci z podobnymi do Hanny problemami przyjeżdżali do miejscowego szpitala z całego kraju z nadzieją, że zostaną wyleczeni. Całe miasto jest dumne ze swojego genialnego doktora. Schnitt jest teraz sławny i bogaty. Tylko po nocach śnią mu się krzyki swoich pacjentów. Marzy o tym, aby mógł kiedyś operować bez bólu.

KONIEC, znacznie ciekawsze historie (i do tego prawdziwe) w Stuleciu chirurgów.


czwartek, 14 kwietnia 2016

Postęp w medycynie. Stulecie chirurgów - Jürgen Thorwald cz. II

Poniżej druga część opowiadania inspirowanego Stuleciem chirurgów:

Chirurg do ostatniej chwili przygotowywał się do operacji. Na drewnianym stole, na którym za chwilę miał rozegrać się dramat, leżały zwłoki jakiegoś człowieka. Prawdopodobnie zapisał swoje ciało ku chwale nauki, albo był bezdomny i zrobił to za niego po śmierci rząd. Lekarz wykonywał na zwłokach cięcia, blokował krwawienie i zaszywał rany. Był tak skupiony na właściwym przećwiczeniu zabiegu, że nie zauważył czekającej już od paru minut Hanky. Dopiero po skończonych ćwiczeniach zauważył jej obecność:

– Dzień dobry, jestem doktor Schnitt, będę miał przyjemność panią operować. - przywitał się krótko.

Następnie polecił pielęgniarkom, aby zabrały zwłoki kobiety i przemyły stół wodą. Stół był koloru czarno-czerwonego i przeżył już niejedną operację i niejedną sekcję zwłok.

Żaden z lekarzy nie uważał za konieczne dokładnie czyścić stół, który zaraz miał się znowu zabrudzić. Kiedyś na jakimś kongresie naukowym pewien lekarz z Węgier - Ignaz Semmelweis stwierdził, że za większość zgonów pacjentów odpowiedzialni są sami lekarze, którzy po przeprowadzonych sekcjach zwłok i innych zabiegach nie myją rąk. Węgier nie przedstawił jednak naukowo w jaki sposób dochodzi do zakażenia. Jedyne co miał to prowadzona przez siebie statystyka zgonów kobiet po porodach w dwóch szpitalach. W klinice gdzie lekarze myli ręce śmiertelność kobiet po porodzie wynosiła 1,2 %, natomiast tam gdzie nie myto rąk 18%. Oczywiście został przez całe środowisko lekarskie wyśmiany, bo żadne statystyki nie zastąpią rozległej bibliografii i mnóstwa przypisów na każdej stronie. Nie obroniłby nawet magistra. Zresztą nawet gdyby coś było na rzeczy, to przecież nikt nie będzie się trudził żeby myć przez parę minut ręce. Nonsens. Stół został więc tylko lekko ochlapany wodą i Hanna położyła się na nim.

-Kurwa, niech on już wreszcie zacznie. Chcę to mieć za sobą - Hanka była zniecierpliwiona tym całym oczekiwaniem.
– W porządku, zaczynamy Pani Hanno – rzekł doktor Schnitt – Jakie ma pani ubezpieczenie? Tylko NFZ, czy jeszcze jakąś dodatkową polisę? - spytał.
- Tylko NFZ, ale jakie to ma teraz znaczenie? – spytała Hanna
- Ech… - doktor westchną i pokręcił głową - Siostro? – spojrzał porozumiewawczo na pielęgniarkę, a tej nie trzeba było nic więcej mówić:



- Doktorze, proszę bez takich głupich żartów – powiedziała.
- Proszę pani – odparł doktor dalej lekko się uśmiechając – Proszę się nie martwić. Po prostu chciałem nieco panią rozluźnić, bo widzę, że jest pani spięta. Jest pani w dobrych rękach, zrobię wszystko żeby panią wyleczyć.
- Zacznijmy już wreszcie, bo do wieczora nie wyjdziemy z tej sali – powiedziała Hanna.
- Już zaczynamy – odparł doktor – Zrobiliśmy w pani domu i okolicy dokładny wywiad środowiskowy i wybraliśmy najlepszą dla pani metodę znieczulenia.

Po krótkiej chwili ciszy, doktor kontynuował

– Praktycznie nie pija pani wódki. Nic dziwnego skoro po 2 kieliszkach robi się pani słabo i zaczyna wymiotować. A nam przecież chodzi o to, żeby panią odpowiednio znieczulić.
- Co więc pan proponuje doktorze? – zapytała Hanna.
- Specjalnie dobraną mieszankę whiskey i wermutu z lekką domieszką Fanty i wina. Po kilku szklankach zaliczy pani szybkiego zgona i nic pani nie poczuje. Nic pani nie będzie także z dzisiejszego dnia pamiętać – powiedział doktor.

Pielęgniarki krzątały się gorączkowo poza zasięgiem wzroku Hanny. Po chwili jedna z nich podeszła do pacjentki ze srebrną tacą, na którym stał cały dzbanek czerwonego napoju i szklanka. Hanna wychyliła parę szklanek tego specjalnego drinka i faktycznie po paru minutach ogarnęła ją błoga senność i znużenie. Zapanowała cisza i ciemność..

Formalności prawne mamy za sobą, znieczulenie również. Jutro ostatnia część :)

środa, 13 kwietnia 2016

Postęp w medycynie. Stulecie chirurgów - Jürgen Thorwald

Któregoś letniego dnia 2014 r. dobrałem się do książki Stulecie chirurgów Jurgena Thorwalda. Czyta się jednym tchem i jest znakomitym materiałem do przemyśleń. Zrobiłem nawet prezentację na ten temat na zajęciach z retoryki, której wysłuchali koledzy i koleżanki z aplikacji. Tematem książki jest postęp medycyny i chirurgii jaki dokonał się na świecie w XIX wieku. Głównymi bohaterami są lekarze, którzy gromili utarte od wieków mity i przeprowadzali pionierskie zabiegi, których nie podejmował się wcześniej nikt inny. Ryzykowali przy tym nie tylko swoją pozycją zawodową, ale czasami również własnym zdrowiem i życiem. Wielu zostało docenionych dopiero po śmierci, wielu niestety wciąż nie istnieje w powszechnej świadomości. Większość wie, kto wynalazł telefon albo żarówkę, ale niewielu zna odkrywcę znieczulenia ogólnego, twórcę nowoczesnej antyseptyki lub pioniera operacji na sercu.

Pamiętacie tę grę? :)
  
Postanowiłem się nieco zabawić i napisać historyjkę inspirowaną Stuleciem chirurgów, która dzieje się w 2016 r., ale stan medycyny nie ruszył się o milimetr od 200 lat. Takie "co by było gdyby" :) Wyobraź sobie... 

... zwykły, upalny, sierpniowy dzień. Hanna, młoda kobieta około trzydziestki, właśnie wybierała się na operację do szpitala. Codziennie strasznie cierpiała i bez wycięcia guza z brzucha nie przeżyje więcej niż parę tygodni. Na szczęście w miejscowym szpitalu pracuje pewien chirurg, który zgodził się przeprowadzić operację. Cała rodzina zebrała się, aby pożegnać Hankę. Trójka jej dzieci rozpłakała się, mąż czule przytulił żonę na pożegnanie. Babcia także zaczęła lamentować. Nic dziwnego, stamtąd mało kto wraca. Sąsiedzi przyglądali się całej sytuacji zaciekawieni, a jednocześnie zdziwieni. Nierzadkie są komentarze „po co? przecież na każdego przyjdzie pora". Hanna wsiadła jednak do taksówki i odjechała.

Szpital czuć było z daleka. Mdły zapach ciał, krwi i cholera wie czego jeszcze roznosił się po okolicy.

– Dalej nie jadę, rozumie Pani? Wysadzę Panią tutaj – powiedział taksówkarz.

Mercedes zatrzymał się, Hanna zapłaciła za kurs i wysiadła. Z wielkim trudem przeszła pozostałą drogę do szpitala. Zapach już nie był tak wyraźny, jej nos zaczynał się przyzwyczajać.

Czekając w izbie przyjęć, Hanna przyglądała się codziennej, szpitalnej rutynie. Co chwilę przechodzili lekarze w zakrwawionych, skórzanych płaszczach, którzy nieśli jakieś ostrza, obcęgi i szpikulce. Hanna podobne widziała parę lat temu w muzeum tortur, gdzie wybrała się na randkę z mężem.

- W życiu bym nie pomyślała, że gdzieś jeszcze się takich używa – powiedziała do siebie w myślach. 

Przejechało w międzyczasie przejechało parę osób na wózkach inwalidzkich, ale znacznie częściej mijali ją pracownicy szpitala, którzy wynosili na noszach ciała owinięte plastikowym workiem. Hanna poczuła strach, ale po kilku minutach doszła do siebie. Przypomniała sobie po co tutaj przyszła (w dodatku z własnej woli). Dzieci nie mogą bez niej żyć, podobnie jak mąż, który choć miał wiele zalet, to jednak w domu był ostatnią sierotą. W końcu po paru godzinach znalazło się dla niej łóżko. Termin operacji został wyznaczony na następny dzień.

W szpitalu dzień jak co dzień

W końcu nadszedł ten dzień. Rano radca prawny reprezentujący szpital dał Hance do podpisu 5 różnych oświadczeń. Na każdym dokumencie podpisało się dodatkowo 3 świadków. Treść wszystkich była mniej więcej taka sama: „Zgadzam się świadomie i dobrowolnie na przeprowadzenie zabiegu operacyjnego, polegającego na (tutaj szczegółowy opis zabiegu). W związku z powyższym zwalniam szpital od wszelkiej odpowiedzialności majątkowej w przypadku zgonu lub pogorszenia stanu zdrowia, będących następstwem przeprowadzonej operacji.” Radca prawny nabrał jeszcze wątpliwości, czy oświadczenia nie powinny być przypadkiem złożone w formie aktu notarialnego.

Takie oświadczenia, nazywane przez prawników "dupokrytkami", podpisane w innej niż wymaganej przez ustawę formie byłyby nieważne. To naraziłoby szpital na wielkie straty, radcę zaś na postępowanie dyscyplinarne. Naturalnie opóźniłoby to również termin operacji. Za żadne skarby świata w tej małej mieścinie nie znajdzie się notariusz, który przyjdzie w takie okropne miejsce. Jeden z aplikantów radcowskich wyciągnął laptopa i gorączkowo zaczął sprawdzał w Lexie treść ustawy o świadczeniu usług medycznych. Radca co chwilę poganiał aplikanta, aby znalazł właściwy przepis, a laptop jak na złość co chwilę się zawieszał. Po 5 minutach gorączkowych poszukiwań aplikant powiedział swojemu patronowi, że wszystko gra. Pielęgniarki zaprosiły Hankę na salę operacyjną. Poloneza.., wróć, operację czas zacząć!

Kolejna część już jutro :) 

wtorek, 24 listopada 2015

Bogactwo i nędza narodów. Dlaczego jedni są tak bogaci, a inni tak ubodzy?

W ostatnich latach znamy to aż za dobrze. Miliony Polaków wyemigrowało za granicę, głównie do Wielkiej Brytanii, w poszukiwaniu lepszego życia. Każdy z nas posiada wśród rodziny lub znajomych kogoś, kto wyjechał lub zastanawia się nad wyjazdem. Ostatnia fala imigrantów z biednych krajów Azji i Afryki również ma przede wszytskim podłoże ekonomiczne. Ludzie ciągną tam gdzie mogą żyć na godnym poziomie. Dla każdego oznacza to co innego. Z pewnością jakimś minimum jest możliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb bytowych, społecznych, kulturalnych plus ewentualnie możliwość odłożenia czegoś na przyszłość. Krótko ujmując, pracować uczciwie i nie martwić się o jutro.
„Żyjemy w świecie, w którym panuje nierówność i zróżnicowanie. Można go podzielić na trzy kategorie państw: takie, w których wydaje się mnóstwo pieniędzy na odchudzanie; takie, w których ludzie jedzą żeby żyć, i takie, gdzie ludzie nie wiedzą, skąd zdobyć następny posiłek.”
Dlaczego nie w każdym kraju żyje się tak samo dostatnio? Odpowiedź znajdziemy w pracy David'a S. Landes'a, profesora historii na Uniwersytecie Harvarda. Tytuł książki to „Bogactwo i nędza narodów. Dlaczego jedni są tak bogaci, a inni tak ubodzy”. Tematem „Bogactwa i nędzy narodów” jest próba odpowiedzi na kilka interesujących pytań. Dlaczego jedne kraje są bogate, a drugie biedne? Dlaczego za wykonywanie tego samego zajęcia w jednym kraju żyjesz dostatnio, a w drugim ledwo ci starcza na przeżycie? Dlaczego mamy „bogatą północ” i „biedne południe”? Ekonomiści zajmują się tym problemem nie od dziś. Według mnie na pewno nie można wszystkiego sprowadzić do pracowitości jednych narodów i lenistwa innych (według teorii liberalnych), ani do wyzysku klasy wyższej wobec klasy niższej (teorie lewicowe). Postaram się pokrótce przedstawić jak widzi powyższe kwestie  Landes.
„Dziś już wiemy, że tam gdzie własność  znajduje się w niepewnej sytuacji, ginie przedsiębiorczość, a rozwój ulega zahamowaniu.”
Książka przedstawia dzieje świata z punktu widzenia jego gospodarczego rozwoju. Rozwój cywilizacji, nauki i techniki, a przez to rozwój gospodarki, nie postępował równomiernie we wszystkich państwach. Był zależny od wielu czynników, z ważniejszych wymieniając chociażby: klimat, położenie, religię, mentalność, czynniki zewnętrzne. Ostatecznie w tym cywilizacyjnym wyścigu na czoło wysunęła się Europa. Ostatnie tysiąc lat to bezsprzecznie okres dominacji naszego kontynentu. To z krajów europejskich wywodziło się większość najwybitniejszych naukowców, artystów, filozofów. To Europejczycy skolonizowali cały świat, oni i ich potomkowie nadali mu w dużej mierze dzisiejszy kształt.
„Najlepszym sposobem na zrozumienie problemu jest zadanie pytania: W jaki sposób bogate kraje stały się aż tak bogate? Dlaczego biedne kraje są aż tak biedne? Dlaczego Europa (Zachód) stanęła na czele tych, którzy zmieniają świat?”
Kiedy Europa zaczęła odskakiwać reszcie świata? Grunt został przygotowany już w starożytności w czasach demokracji ateńskiej i Republiki Rzymskiej. Obywatele mieli gwarantowane przez państwo pewne prawa, szanowano ich podmiotowość, a w zamian oni czuli się odpowiedzialni za swoją wspólnotę. Łatwiej jest o rozwój kiedy człowiek wie, że to na co pracuje nie zostanie mu zabrane. W despotiach wschodu, z Persją na czele, gdzie władza opierała się na strachu i wyzysku, mieszkańcy zamiast o bogaceniu się musieli myśleć o tym, jak przeżyć kolejny dzień. Oczywiście bywały różne czasy na Starym Kontynencie, ale wolnościowe idee przez wieki stały się częścią europejskiej tożsamości. Potem nastało Chrześcijaństwo, które także ograniczyło despotyczne zapędy władców. Za despotów nikt nie umiera.
„Zachodnie chrześcijaństwo zdobyło się na potępienie ambicji ziemskich władców. W sposób  pośredni chroniło to własność prywatną. Ziemscy władcy nie mogli sobie dowolnie poczynać, a nawet Kościół, zastępstwo Boga na Ziemi, nie mógł lekceważyć praw i zabierać tego co chciał.”
Po pierwsze więc mentalność, a po drugie stabilność. Kiedy Europa poradziła sobie z zagrożeniami zewnętrznym (Awarowie, Wikingowie, Arabowie, Mongołowie), a nawet sama zaczęła przechodzić do ofensywy (Rekonkwista, Krucjaty) nic już nie stało na przeszkodzie na drodze do swobodnego rozwoju. Zaraz się niektórzy zapytają, jakiego rozwoju? W średniowieczu? Co by jednak nie mówić, w tym okresie rewolucja gospodarcza stała się faktem. To wtedy znaleziono nowe zastosowania dla energii, a z tym nastąpił przyrost pracy. Zastosowano nowe techniki uprawy roli (trójpolówka), narzędzia, zwierzęta, co pozwoliło na zwiększenie produkcji żywności. Wraz ze stopniowym upadkiem systemu feudalnego następowały migracje ludności do miast, co stworzyło zalążki pracy nakładczej i upadku monopolu cechów. Wreszcie to wtedy wynaleziono bądź udoskonalono takie wynalazki jak: koło wodne, okulary, zegar mechaniczny, druk i proch strzelniczy. Autor wyjątkowo trafnie opisuje szczegółowo wielkie znaczenie tych wynalazków. Bez okularów nie powstałyby skomplikowane urządzenia nawigacyjne, mechanizm zegarów i kół wodnych stanowiły później podstawę do budowy innych maszyn. Przede wszystkim jednak czas stał się czymś mierzalnym. Człowiek wreszcie mógł zacząć funkcjonować w oparciu o czas odmierzany przez maszynę, a nie zjawiska przyrodnicze, co umożliwiło poprawę dyscypliny pracy.
„Naturalna ciekawość świata, kolonie i rozwój naukowy”
W średniowiecznej Europie prężnie zaczęły działać ośrodki akademickie. Wymianie poglądów sprzyjał wspólny język łaciński. Profesorowie i studenci podróżowali po całym kontynencie przenosząc ze sobą nowe myśli i idee. Druk upowszechnił wiedzę, a przede wszystkim umożliwił jej utrwalenie dla przyszłych pokoleń. Każde przyszłe odkrycie lub wynalazek były możliwe dzięki wiedzy skumulowanej w już wydanych publikacjach. Do tego wszystkiego dochodziła naturalna ciekawość świata człowieka i ambicje europejskich władców. Od wieków wśród ludzi krążyły opowieści o mitycznych krainach pełnych złota. Do Europy przez kupców arabskich docierały niezwykłe towary z Bliskiego Wschodu, Indii i Chin. Zbyt długo te krainy czekały na odkrycie. Wraz z postępem technicznym w dziedzinie żeglugi i nawigacji, dalekie wyprawy stały się możliwe. Pierwsi wyruszyli Portugalczycy i Hiszpanie, następnie Holendrzy, Francuzi i Anglicy. Nie każdy kraj wyniósł z odkryć Nowego Świata tyle samo. Jedni skupiali się na rabunkowej eksploatacji dającej chwilowe zyski (np. Hiszpania) inni stawiali na handel (Anglia, Holandia). Łatwy zysk przeciwko ciężkiej pracy, czas pokazał kto lepiej na tym wyszedł. Przy temacie kolonii nie można pominąć tematu niewolnictwa. Autor próbuje odpowiedzieć na pytanie: czy kraje Europy zawdzięczają swoje bogactwo dzięki niewolnictwu? Jeżeli tak to w jakim stopniu?
„Gdy nic Europejczykom nie zagrażało mogli zacząć się rozwijać, zobaczyli, że są silniejsi od innych”
Kilka wieków stopniowego rozwoju doprowadziło w końcu do rewolucji przemysłowej, która wywróciła do góry nogami dotychczas znany świat. Nawarstwienie wiedzy i umiejętności w końcu doprowadziły do przełomu. Maszyny zaczęły zastępować siłę ludzkich mięśni, człowiek zaczął wykorzystywać świadomie energię nieożywioną do własnych celów. Nastąpił szybki wzrost wydajności, a wraz z nim dochodu na osobę. Po raz pierwszy zarówno gospodarka jak i nauka rozwijały się wystarczająco szybko, by zapewnić nieustanny dopływ nowych ulepszeń. Od tego momentu rozwój uległ znacznemu przyspieszeniu. Kto był na fali stawał się bogatszy, kto się na nią nie załapał, stawał się jeszcze biedniejszy. 
Dlaczego do Rewolucji Przemysłowej doszło w Wielkiej Brytanii a nie np. w Chinach? Nie mniej ciekawe od opisania przyczyn sukcesu Europy jest opisanie przyczyn porażki pozostałych cywilizacji. Ludy indiańskie w Ameryce, czy plemiona Afryki, z wielu przyczyn nigdy nie osiągnęły wysokiego potencjału rozwoju. Nie można tego jednak powiedzieć o świecie arabskim, Indiach i Chinach. W poszczególnych etapach historii świata to one były na czele rozwoju, chwilami dość znacząco przed Europą. A jednak w pewnym momencie zatrzymały się w rozwoju i zostały podbite lub podporządkowane krajom europejskim. Tak w dużym skrócie przyczyny leżą głównie w różnicach spowodowanych religią i polityką władców. Złoty wiek islamu skończył się kiedy do głosu zaczęły dochodzić bardziej konserwatywne odłamy, które wyżej niż rozwój człowieka stawiały ścisłe posłuszeństwo Allahowi. Nastąpił zastój kulturowy, a kto stoi w miejscu ten się w końcu cofa. Po co szukać różnych rozwiązań, skoro na wszystko odpowiedzią jest Koran? Z kolei w Chinach, w których wiele wynalazków powstało zanim te pojawiły się w Europie, problemem była polityka władców, którzy nie sprzyjali innowacyjności. Konfucjanizm panujący w Chinach ostrożnie podchodził do nowinek, które równie dobrze mogły być pożyteczne państwu, jak i mogły być zagrożeniem dla władcy. Bezpieczniej było patrzeć na nie podejrzliwym okiem. Poza tym wiedza nie była nigdzie zapisywana, nie istniała społeczność akademicka jak w Europie, dlatego często zdarzało się tak, że wynalazki i odkrycia były zapominane na wiele lat i potem były odkrywane ponownie. Do porażki Chin i Indii przyczyniła się ponadto poczucie wyższości ich władców wobec europejskich przybyszów i niechęć do wprowadzania reform. Wydaje się, że Chiny odrobiły już lekcję z przeszłości i powoli dołączają do grona państw potężnych i bogatych.
Krótko podsumowując, przepis na bogactwo kraju wydaje się prosty. Trzeba stawiać na innowacyjne rozwiązania, które potem można sprzedać. To co może zrobić każdy nigdy nie będzie warte tyle co mogą zrobić nieliczni. Przede wszystkim jednak ważna jest produktywność. Teoretycznie jest wielu informatyków na świecie, ale jeden poradzi sobie z problemem w godzinę, a inny w dwa dni. W jednej fabryce w tydzień skręcą 100 a w innej 500 samochodów. Innowacyjność + produktywność = bogactwo. Takie różnice mierzone w skali całego kraju, na przestrzeni wielu lat, stanowią podstawę bogactwa kraju. Wszystko osiągane ciężką pracą, kosztem wielu wyrzeczeń. Na koniec cytat z książki, jakże prawdziwy:

"Żyjemy w epoce deserów. Chcemy, żeby wszystko było słodkie, zbyt wielu z nas pracuje, żeby żyć, a żyje po to, by być szczęśliwymi. Nic w tym zdrożnego, tylko że taka postawa nie sprzyja wysokiej produktywności. Chcecie ją osiągnąć? Powinniście więc żyć po to, by pracować, a szczęście uzyskiwać jak produkt uboczny."

wtorek, 20 października 2015

Szamo - Wszystko, co wiedziałbyś o piłce nożnej gdyby cię nie oszukiwano. K. Stanowski, G. Szamotulski



Od dawna wiadomo, że bramkarze muszą być szaleni. Boruc, Kahn, Valdes, Szczęsny, Neuer, Buffon i wielu innych. Wszyscy to ludzie o silnej, wyróżniającej się osobowości. Zaczyna się jeszcze na jakimś podwórkowym boisku. Na bramce zazwyczaj nikt nie chciał stać, każdy wolał biegać za piłką i strzelać gole. Bez bramkarza jednak ani rusz, stawiano więc na bramce jakiegoś leszcza albo kogoś, komu w ogóle nie chciało się grać. Czasami coś obronił, czasami puścił, a przynajmniej nie robił dodatkowego tłumu na boisku. I w takich okolicznościach raz na jakiś czas zdarzało się, że ktoś jednak chciał być bramkarzem z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie dlatego, że nie potrafił grać, czy odstawał od innych, po prostu to lubił i zatrzymywanie strzałów sprawiało mu przyjemność. Nie było takich dużo, bez wątpienia to nie mógł być nikt zwyczajny, musiał się czymś wyróżniać. To była wstępna selekcja ludzi na tę pozycję, dalej jest już tylko hartowanie. Rzucanie się napastnikom pod nogi, przyjmowanie na twarz silnych strzałów, po meczu otarcia od licznych interwencji, oto chleb powszedni gry bramkarza. Dodatkowo trzeba było być odpornym psychicznie po wpuszczonych szmatach (o 50 obronionych wcześniej strzałach wszyscy już dawno zapomnieli), wrzeszczeć na swoich kolegów z drużyny żeby ruszyli dupę na obronę, generalnie być skupionym przez całe spotkanie. Podczas meczu bramkarze mają za sobą zazwyczaj trybunę fanatycznych kibiców i wtedy też muszą swoje wysłuchać. Jak oglądałem mecze w Łęcznej to przez 90 minut Radosław Majdan musiał wysłuchiwać o tym, że jest "kurwą", "jebanym pedałem", że Doda obciągała każdemu z siedzących na trybunie B. Po meczu (który Wisła oczywiście wygrała) jak gdyby nigdy nic odwrócił się do obrażających go kibiców i zaczął pokazywać wszystkim gest Kozakiewicza. Wściekli kibice rzucali w niego racami, a Majdan z uśmiechem na ustach ich unikał i zachęcał, aby się bardziej postarali.



W takiej fryzurze zaprezentował się kibicom Widzewa...
Głównym bohaterem "Szamo" jest Grzegorz Szamotulski. Jeżeli o bramkarzach można mówić, że są szaleni, to Szamotulskiego spokojnie można nazwać pierdolniętym (co sam zainteresowany we wstępie przyznaje). Jego ksywa "Szalony mnich", którą dostał podczas gry w Dundee United, mówi sama za siebie. To raptus, osoba impulsywna, reagującą tu i teraz. Bezczelny, momentami chamski. Potrafił wygarnąć każdemu niezależnie od zasług, czy pełnionej funkcji. Prezes, trener, kolega z drużyny, dla niego nie było autorytetów. Oczywiście takie zachowanie nie zawsze kończyło się dla niego dobrze. Jednocześnie miał charakter wojownika, potrafił zmotywować swoich kolegów do maksymalnego wysiłku i tchnąć w nich wolę walki. Nie był jednak furiatem. Posiadał duże poczucie humoru, gołębie serce, lubił wykręcać innym różne numery. W normalnych okolicznościach był równym chłopem, którego dało się lubić. Jak na polskie warunki był bardzo dobrym bramkarzem, regularnie powoływanym do Reprezentacji Polski. Najbardziej kojarzony jest ze swoich występów w Legii Warszawa w latach 1995-2000, ale z powodzeniem grał również w innych klubach polskiej ekstraklasy, w Austrii, Grecji, Szkocji, Anglii, Izraelu i na Słowacji. Trochę się tych klubów w jego karierze (1991-2012) uzbierało. Być może mógł ugrać przez te lata nieco więcej, ale swoje zobaczył i tym właśnie dzieli się w tej książce.



...a w taki sposób ich pozdrawiał.

"Szamo" nie jest biografią. Nie ma tutaj żadnej fabuły, chronologii, opisów ważnych wydarzeń z życia itp. To bardziej zapis luźnych scenek, których świadkiem był Szamo lub o których opowiedzieli mu jego koledzy. Nie znajdziecie tu szczegółowych opisów meczów, treningów, zgrupowań, całego tego piłkarskiego chleba powszedniego. Są jedynie tłem, aby pokazać barwne i śmieszne anegdoty, historyjki. Z tej książki dowiecie się jak naprawdę wygląda piłkarska drużyna od środka, co robią piłkarze w wolnym czasie, jakimi są ludźmi, jak zachowują się ludzie znani z pierwszych stron gazet w rzeczywistości. Te wszystkie historyjki pogrupowane są na te dotyczące trenerów (i pseudotrenerów, gdzie najbardziej dostaje Stefan Majewski), piłkarzy i pieniędzy (których w piłce nożnej nie brakuje). Jakieś przykładowe? Chociażby jazda pod prąd na autostradzie, zerwanie więzadeł podczas jazdy na motorze, a potem symulowanie, że stało się to podczas treningu, Szamo chowający swojemu szefowi okulary i bawiący się z nim w "ciepło-zimno".


                                          Sporo miejsca zostało poświęcone trenerowi Januszowi W.

Chcecie wiedzieć, dlaczego polska piłka szorowała momentami o dno? Wystarczy poczytać w książce o ludziach, którzy ją tworzyli: piłkarzach, trenerach, działaczach. Szamo zaczynał grać w czasach gdzie o profesjonalnym prowadzeniu się nikt nie słyszał. Piłkarze chlali, palili, rypali nocami w karty (chociaż umiejętności mieli niejednokrotnie większe niż grajki dzisiaj). Trenerzy nie byli wcale lepsi. Niekompetentni, niezbyt przykładali się do pracy (albo za bardzo się przykładali). Motywowanie zawodników ograniczało się do słów "kiełbasy w górę i opierdalamy frajerów". Działacze byli zwykłymi cwaniaczkami, którym nie powinno się powierzać zarządzania sklepem osiedlowym, a co dopiero klubem piłkarskim. Wszystko przeżerały układy i korupcja. Mimo tego ciemnego obrazu wszystko zostało przedstawione z przymrużeniem oka. Czasem jest śmiesznie, czasem strasznie, czasem żenująco, ale nigdy nudno.

Szamo jako Mad Monk podczas gry w Szkocji

Na tle wielu innych piłkarskich biografii piłkarzy, które są często zwyczajnie nudne i do bólu przewidywalne, "Szamo" jest powiewem świeżości i oryginalności. Nie przypominam sobie innej tego typu pozycji o polskim sportowcu. Czyta się jednym tchem, lektura nie powinna zająć dłużej niż 4-5 godzin. Krzysztof Stanowski, w mojej opinii najlepszy dziennikarz sportowy w Polsce, opisał wszystko prostym, a jednocześnie barwnym językiem. Dzięki temu, że historyjek jest dużo, można wracać do lektury po dłuższym czasie i będą tak samo śmieszne i zaskakujące. Jeżeli macie dość oklepanych piłkarskich książek, które zalegają w Empiku i służą tylko wyciągnięciu paru złotych od czytelników polecam "Szamo", książkę, która doskonale burzy utrwalony w mediach obraz piłkarzy.